THE ROYAL ARCH BLASPHEME – II (Hells Headbangers)

Pamiętacie Profanatica? Tak, to ci, którzy umiłowanie do malowania twarzy łączyli z zapędami ekshibicjonistycznymi. Jeśli kogoś razi okładka ostatniej płyty Death Grips, niech lepiej nie szuka zdjęć Profanatica z pomocą Google. The Royal Arch Blaspheme to projekt Johna Gelso, który od jakiegoś czasu jest wraz z Paulem Ledneyem podporą wspomnianego zespołu. I w zasadzie nagrania The Royal Arch Blaspheme traktuję jako suplement do płyt Profanatica, bo niedaleko pada jabłko od jabłoni.

Ich debiutancki album, nagrany jeszcze jako duet (wraz z N. Imperialem z Krieg na pozycji wokalisty) swego czasu bardzo przypadł mi do gustu, bo tylko nieznacznie ustępował jakością znakomitej „Disgusting Blasphemies Against God” zespołu na „P”. Tym niemniej, tak wtedy jak i teraz mam wrażenie, że The Royal Arch Blaspheme to coś w rodzaju kolekcji odrzutów z macierzystej kapeli Gelso. Większość tych kawałków spokojnie mogłaby znaleźć się na płytach Profanatica i tylko czort jeden wie, dlaczego zamiast w większym stopniu wykorzystywać pomysły utalentowanego kolegi, Paul Ledney woli po raz setny nagrywać na nowo utwory z czasów demówkowych.

„II” nie różni się zbytnio od swojej poprzedniczki, choć słychać pewną różnicę w brzmieniu, bo tym razem zespół rozrósł się ponoć do pełnego składu. Plastikowe pady ustąpiły miejsca akustycznym bębnom, a gitarom dodano nieco brudu, co zdaje się lepiej pasować do tej muzyki niż dość sterylna produkcja debiutu. Choć z drugiej strony „chirurgiczny” klimat tamtej płyty miał swój urok. Przyznam zresztą, że chyba bardziej przekonywały mnie kompozycje Gelso na „The Royal Arch Blaspheme” niż na „II”, która – choć ma bardzo fajne momenty – chwilami wlecze się jak mucha w smole. A smoły na tym albumie nie brakuje.

Fanów poprzedniego wydawnictwa ta płyta raczej nie rozczaruje, ale też nie wnosi ona wiele do dotychczasowej twórczości Johna G. Być może zresztą nie takie jest jej zadanie. Podobnie jak w przypadku zespołów pokroju Incantation, celem jest tu zapewne trzymanie się wytyczonej na samym początku ścieżki i wypluwanie kolejnych czarnych krążków tworzonych według tej samej receptury. Jeśli pasuje wam takie podejście, „II” może sprawić wam sporo frajdy. Jeśli jednak desperacko poszukujecie kolejnego kandydata na metalową płytę roku, to tutaj go raczej nie znajdziecie.

Michał Spryszak