THE RODEO IDIOT ENGINE – Malaise (Throatruiner Records)

Współczesny hardcore, jak każdy chyba gatunek, przeszedł za sprawą zmian klimatycznych i zanieczyszczenia środowiska mutację, dlatego dzisiaj trudno powiedzieć w jakim miejscu się znajduje. Jeśli ktoś chce ładnie wysprzątanej szufladki, niech lepiej szuka pod hasłem „klasyka”, dla pozostałych Hiszpanie (Baskowie?) z The Rodeo Idiot Engine proponują mieszankę w stylu „dla każdego coś miłego”, czyli w zasadzie – bez większych zmian.

Możliwe, że jedyną zmianą w stosunku do młodszej o dwa lata z okładem Consequences jest jednak większa klarowność poczynań i z większą pieczołowitością podane brzmienie. Pozostałe elementy nie uległy zmianie. Nadal zespół dostaje wścieklizny i szaleńczo skacze po gatunkach. Problem w tym, że z roku na rok w coraz bardziej szalonym świecie takie zmiany są mniej zauważalne i nie budzą takiego zdziwienia jak kiedyś. Co nie zmienia faktu, że dla miłośników czegoś o nazwie „blackened chaotic hardcore” Malaise będzie kawałkiem całkiem sensownej młócki.

Przede wszystkim, uwagę zwraca duży dramatyzm kompozycji. Wszystko brzmi jak jedno wielkie rozdzieranie szat – czasem bardziej wściekłe („Le Parfum” czy „Carrying Icons”) to znowu ponure, zahaczające o te mniej popieprzone mielizny gdzie rządzi Today Is The Day („Thousand of Nails”). Czasami mam wrażenie, że muzycy nie byliby sobą, gdyby nie chcieli w każdym utworze przemycić wszystkich, możliwych i niemożliwych, inspiracji („Final Relief”) i być może dlatego lubię, kiedy potrafią wyhamować i dać czas do namysłu – tak się dzieje np. w „Makurrak”, gdzie połowa kawałka to klasyczny drone, reszta to hardcore, powoli zmierzający w stronę post rocka. Równie zrównoważony wydaje się być post sludge’owy, instrumentalny „Ildoak”, z kolei „Syngue Sabour” napakowany w całości ambientem kopulującym z atawistycznym niemal hałasem jest próbą wyjścia poza zrytmizowany, opętańczy atak.THRT051_promo

I tym sposobem przelecieliśmy przez wszystko, co w takiej, raczej mało komercyjnej muzyce pojawiło się w ostatnich latach. Powstaje tym samym pytanie – czy nie lepiej byłoby gdzieś na dłużej przycupnąć? Przyznam, że zbyt często nie jestem w stanie słuchać tej płyty, bo jej nerwowość zaczyna mi się udzielać i chyba wolałbym jednak zobaczyć zespół na żywo, gdzie w krótkim starciu (bo zakładam, że przy takiej intensywności nie grają półtorej godziny…) pozwoliliby mi się konkretnie rozerwać. Co nie zmienia faktu, że i tak jest ciut lepiej niż na poprzedniczce.

Arek Lerch

Trzy i pół