THE RAVEONETTES – Pe’ahi (Beat Dies Records)

Na swojej siódmej płycie duński duet wybiera się na zachodnie wybrzeże USA jednocześnie tkwiąc na melancholijnie zamglonych Wyspach Brytyjskich. Czyli mniej dream popu, więcej shoegaze’owej przestrzeni w zalewie monstrualnego przesteru i słodkich melodii. Prawdziwa, dźwiękowa bomba kaloryczna.

Oczywiście – nie znajdziemy na „Pe’ahi” ani jednego, oryginalnego, nowatorskiego i zaskakującego dźwięku. Być może właśnie dlatego słucha się płyty tak dobrze. Bez wygórowanych oczekiwań, cofamy się do klasyki zapatrzonych w swoje buty muzykantów, kochających przestery i rozkręcone na full pogłosy. Jeśli ktoś zakochał się kiedyś w melancholijnej blazie My Bloody Valentine i okrutnych power – melodiach The Jesus And Mary Chain, na pewno znajdzie tu coś dla siebie. Być może te inspiracje są nazbyt oczywiste, ale nie przeszkadzają mi specjalnie w odbiorze muzyki, chociażby dlatego, że ta jest po prostu bardzo przystępna. Brzmieniowy gruz, jakim oplecione są zwiewne melodie po raz kolejny okazał się być łatwo-strawnym lukrem.

Słodycz, naładowana gitarowym zgiełkiem eksploduje w klasycznym dla shoegaze’owego nurtu kawałkiem „Sisters”, potem jest jeszcze lepiej. Napędzany rave’owym, tanecznym bitem „Killer on the Streets” przenosi nas w klimaty znane z bodaj najbardziej niedocenionej płyty Jesus And Mary Chain – „Honey’s Dead”, podobnie działa „Kill”. Zastrzyk power – psychodelii dostajemy wraz z nadejściem „Wake Me Up”, czy jeszcze lepiej – w „Z-Boys”; zespół z powodzeniem kręci gałkami efektów, brudząc przestrzeń brzmieniową (najlepszy przykład – „A Hell Below” z mocnym, rockowym bujnięciem…). Muzyka duetu, pozornie wiotka, zwiewna i kapryśna, ma w sobie niesamowitą siłę rażenia. Pogratulować można umiejętności wyważenia proporcji, bo z taką materią bardzo łatwo stworzyć karykaturę, tymczasem na „Pe’ahi”, wszystko wydaje się być na swoim miejscu. Płyta wprowadza w hipnotyczny, odrealniony nastrój; budzą się upiory przeszłości, naspidowany Cocteau Twins tańczy na stole, zadymiony klub wciąga kolejnych straceńców… Wiem, to brzmi jak notatka z pamiętnika nastolatki, ale przyznaję – czuję się, jakbym spadł gdzieś do 88 roku. Bo i jest „Pe’ahi” czymś w rodzaju wyrwy w czasie, którą przedostaję się do innej przestrzeni.Raveonettes band

I tu powstaje problem z obiektywnym podejściem do płyty. Patrząc na nią z dystansu, łatwo o lekko ironiczny komentarz odnośnie sentymentalizmu dzisiejszej, alternatywnej sceny, która zaczyna niebezpiecznie gloryfikować minione i wyświechtane dźwięki. Shoegaze jest tej tendencji doskonałym przykładem. Z drugiej jednak strony, niezmiernie mnie ten retro trend cieszy, bo wprowadza trochę powietrza w zatęchły klimacik podziemia. Dlaczego miałbym zatem ganić Duńczyków za „Pe’ahi”, skoro nie mogę się od niej uwolnić, skoro te utwory pięknie leczą kaca po wysłuchaniu kolejnego „odkrycia”, będącego niczym więcej jak zlepkiem wszystkiego, co można znaleźć na śmietniku muzycznej historii. W tym kontekście czystość gatunkowa nowej produkcji The Raveonettes wcale nie trąci myszką. Nie oceniam płyty obiektywnie, bo wtedy musiałbym być bardziej surowy. Subiektywnie dostałem porcję przebrzmiałej muzyki, która zaskakująco dobrze wpływa na mój system nerwowy.

Arek Lerch 

Cztery