THE ORWELLS – Terrible Human Beings (Atlantic)

The Orwells poznałem gdzieś na wysokości poprzedniej ich płyty, czyli „Disgraceland”. Nie ukrywam, że była to miłość od pierwszego wejrzenia. Już dawno nikt tak przekonująco nie śpiewał o kokainie, dupach i jeżdżeniu na desce. Owszem, kipi to wszystko od młodzieńczej impertynencji i arogancji, ale czasem tak po prostu być musi i wypleniać te cechy pragnąłby tylko najbardziej niepoprawny pedant.

Okładka tamtego albumu była zresztą strzałem w dziesiątkę, idealnym niemal ucieleśnieniem wizji, jakie kłębiły się pod zamkniętymi powiekami w zetknięciu z prostą, acz jakże interesującą propozycją młokosów z przedmieść Chicago. Szereg bliźniaczo do siebie podobnych, jednorodzinnych domków. Równo przystrzyżone trawniki. Gówniarz na bicyklu rozrzucający co rano świeże wydania gazet. A wieczorem – impreza gdzieś w zadymionym garażu i wszystko, co się z nią wiąże. Czyste szaleństwo. Do spętanego whiskey i koką umysłu leniwie pełzną strzępki dźwięków, dopełniając uczucia błogostanu. I żadnych innych wymyślności nie potrzeba.

Pierwszy rzut oka na ziemską, nietrwałą powłokę „Terrible Human Beings” przypomina, że nic nie stoi w miejscu. Pozostajemy na przedmieściach, wciąż jesteśmy młodzi i szaleni, zmianie uległy jedynie tak zwane okoliczności przyrody. Czy na lepsze? Niech każdy rozstrzygnie to sam… Może nie znajdujemy już tak wiele czasu na włóczenie się po tysiącach takich samych ulic i jeżdżenie na desce, pojawiły się inne priorytety, nie mają jednak one – przynajmniej na razie – nic wspólnego z tą straszną stabilizacją. W gruncie rzeczy bowiem jesteśmy wciąż tymi samymi, rozwydrzonymi szczeniakami. I bardzo nam z tym dobrze.Orwells

Byłem pewien, że ciężko będzie temu krążkowi zyskać afekt podobny do tego, jakim darzę jego poprzednika. I rzeczywiście, z początku różowo nie było. Szukałem tego „czegoś”. Szukałem, i znalazłem – gdzieś pod cienkim nalotem lekko wygładzonej, w stosunku do „Disgraceland”, produkcji. Bo, pomijając tę kwestię, wiele się u The Orwells nie zmieniło. Może nieco dojrzeli, może odrobinę mocniej poszukują (dowodem tego chociażby „Double Feature”, czyli najdłuższy utwór w dorobku zespołu). Mimo wszystko, wciąż napędza tę muzykę luz, bezczelność i niewymuszona przebojowość. Niedaleko za nimi podąża przebijająca podskórnie melancholia. Złożone w całość te elementy rodzą bezwstydnie przebojowe piosenki, od których na tej płycie aż się roi. Czy to „Black Francis”, będący wyraźnym ukłonem w stronę Pixies, czy „Heavy Head”, stanowiący chyba najmocniejsze spoiwo nowego albumu z „Disgraceland”, wreszcie: nieoczywisty, nostalgiczny „M.A.D.”- wszystkie one nie tylko pod wszelkimi względami utworom z tamtego sławetnego instant classic dorównują, ale i stanowią nową jakość. Wyczuwalna jest momentami taka większa dostojność i bujające wyrachowanie. Z pewnością ciekawie rokuje to na przyszłość…

Nie jest, co prawda, łatwym zadaniem porównywanie czegokolwiek do albumu, z którym odczuwa się prawie osobistą więź. Wydaje mi się jednak, że nowy krążek The Orwells nie jest od „Disgraceland” słabszy. Zaczynać od tak wysokiej poprzeczki, to jak namazać sobie na czole „masochista”. Ostatecznie jednak sympatyczni młodzieńcy w pełni sprostali zadaniu. Mimo, że wyzbyli się po części brzmieniowego brudu, wciąż słychać, że to oni, nikt inny. Może i chowają się gdzieś w Stanach tuziny takich zespołów – garażowy rock przeżywa tam podobno prawdziwy renesans. Moje wybiórcze traktowanie zjawiska usprawiedliwiać może fakt, że pochodzę z kraju, w którym luksus posiadania garażu jest… no właśnie, luksusem. A w tych nielicznych, istniejących, zamiast hałasującego w pocie czoła zespołu, napotkać można raczej aptekarsko poustawiane szeregi słoików z konfiturami i ogórkami kiszonymi. Tak, dopuszczam do siebie ewentualność, że The Orwells wcale nie są wyjątkowi, szczególnie oryginalni ani najlepsi. Grają jednak cholernie przebojową i bezczelną w swej prostocie muzykę. Mnie to wystarczy.

Adam Gościniak

Pięć