THE OBSESSED – Sacred (Relapse)

Scott „Wino” Weinrich to osoba wierna swoim ideałom. Od niemal 40 lat jest jednym z najbardziej fanatycznych szalikowców Black Sabbath, z iście maniakalnym uporem przekuwając swoje fascynacje na kolejne albumy ku czci twórców „Paranoid”. Najbardziej znany jest z kultowego Saint Vitus, jednak jeszcze przed powstaniem tej formacji, Wino budował sabbathowy ołtarzyk w Warhorse, który po kilku latach przekształcił się w The Obsessed. The Obsessed, którzy ostatni album – „The Church Within” – nagrali dwadzieścia trzy lata temu. Weinrich nie byłby jednak sobą, gdyby nie wskrzesił kolejnego zespołu – wsparty zaciągiem w postaci basisty Reida Raleya i perkusisty Briana Costantino powraca z czwartą (lub piątą, zależy jak liczyć) płytą w karierze The Obsessed. Płytą, która światu jest potrzebna w mniej więcej tym samym stopniu, co kurwie majtki.

Nie neguję determinacji Weinricha, a wręcz przeciwnie – bardzo doceniam jego samozaparcie i pasję. Nie zmienia to jednak faktu, że „Sacred” jest albumem zupełnie niepotrzebnym. To typowa płyta dla starych ludzi od człowieka – niestety – także już starego. Jest w tym wszystkim jakaś duma, swego rodzaju umiłowanie tradycji i słychać, że to muzyka, która jest szczera i autentyczna, niemniej całości brakuje pazura i charakteru. Mam wrażenie, jakby zespół bał się zagrać to wszystko nieco ciężej, bardziej żwawo, stawiając raczej na asekuranctwo i bezpieczeństwo. Wtedy, gdy The Obsessed zbliżają się do bluesa lub wybitnie sabbathowskich rejonów, brzmi to jeszcze z sensem, natomiast gdy Weinrich z kolegami silą się (niestety, to słowo pasuje tutaj jak ulał) na nieco żwawszego hard rocka, zaczyna to wyglądać wręcz nieco karykaturalnie. O ile taki „Razor Wine” z całkiem czadowym refrenem może jeszcze nieco bujać, o tyle cholernie banalny „Stranger Things” – nawet pomimo znośnego riffu – odstrasza wybitnie sztampowym refrenem.

Trudno jednak oczekiwać, żeby facet tak styrany życiem jak Wino, kipiał energią i nagrywał rockowe killery – zwłaszcza, że zawsze gustował raczej w niezbyt szybkich tempach i „Sacred” nie stanowi żadnego wyjątku. Szkoda, że brakuje także dobrych riffów – a niestety w tego rodzaju muzyce to one są najważniejsze. Ok, „Sodden Jackal”, „Sacred” czy „It’s Only Money” akurat oparte są na niezłych motywach, ale pozostałe utwory raczej pod tym względem nie zrobią na nikim większego wrażenia. Co z tego, że fajnie to wyprodukowano i że gitary brzmią super, jak oprócz tych dwóch czy trzech fajnych riffów właściwie nie mają nic więcej do powiedzenia? The Obsessed band

Być może znajdzie się garstka, zafascynowana Saint Vitus, pamiętająca może jeszcze płyty nagrane przez The Obsessed w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych, dla których „Sacred” będzie miłym powrotem do przeszłości. Niestety, będą oni powodowani raczej sentymentem, niż autentyczną jakością albumu. Unowocześnianie brzmienia „Sacred” miast służyć, jeszcze dodatkowo szkodzi, co jeszcze bardziej sprawia, że będzie to kolejny powrotny krążek, który przepadnie bez większego echa. Oczywiście, nie zabraniam Weinrichowi nagrywania nowej muzyki – ma chłop do tego prawo, a biorąc pod uwagę jego niewątpliwy wkład w rozwój sceny, wręcz mu się to należy. Ja po prostu nie wiem, czy próby reanimacji kolejnego trupa mają jakikolwiek sens. Słuchając „Sacred” mam wrażenie, że chyba jednak nie.

Michał Fryga

Trzy