THE NO-MADS – Lost Control (Thrashing Madness)

Zespół The No-Mads po wsze czasy będzie mi się kojarzył z ich wokalistką, Sylwią, która onieśmieliła i wystraszyła nas onegdaj przed warszawskim koncertem Napalm Death. Tak, to my jesteśmy tą rozlazłą publiką metalową, na którą złorzeczą metalowi undergroundowcy w którymś z numerów R’Lyeh’zine – dlatego blond-uosobienie rock’n’rolla sprawiło, że zawstydzeni spąsowieliśmy jak pensjonarki i dech nam zaparło. No, nareszcie – pięć lat czekałem, żeby o tym opowiedzieć, teraz mogę spokojnie przejść do recenzji zasadniczej.

The No-Mads wyprzedzili o parę lat falę retro-thrashu, ale że są z Polski, fani Gama Bomb i Municipal Waste nie mają pojęcia o ich istnieniu. Problem w tym, że mi i tak krakowski Terrordome starcza za całą falę współczesnych kataniarzy-adidasowców, trudno mi więc trzeźwo ocenić , gdzie na liście zakupów ortodoksyjnego fana thrash metalu powinien się znaleźć „Lost Control” w relacji do nowej płyty Sodom, Power Trip albo Lich King (zakładam, że dwa ostatnie z wymienionych już na półkach stoją). Z lekkim dystansem przychylam się do wytwórnianych haseł o nawiązaniach do teutońskiej sceny z lat 80., ze swojej strony do triumwiratu Kreator-Sodom-Destruction dorzucam stary Exodus. Po bożemu (sic) galopuje perkusja, kroją (w większości naprawdę świetne) riffy, obywa się bez ballad i wycieczek w stadionową wirtuozerię. Słucha się tego przyjemnie, a na koncercie pewnie jeszcze przyjemniej, choć kontent byłbym usłyszeć więcej materiału w stylu najlepszego na płycie, „C.A. River Plate”, zalatującego trzecią i czwartą płytą Voivod. Być może The No-Mads wcale nie o to chodzi, a takie utwory mają być tylko smaczkiem, ja jednak oczekiwałbym na poziomie czwartego albumu czegoś bardziej indywidualnego, nawet w ramach tak sztywnej konwencji jak retro-thrash. Trochę brakuje mi „pary” w głosie szalonej Sylwii, co wyznaję z pozycji entuzjasty żeńskich wokali w ostrej muzyce, fana Katherine Katz i Niki z Post Regiment – możliwości są, a tu taki Mille Petrozza na kuracji hormonalnej – trochę szkoda, no.

Obiektywnie, The No-Mads to solidny thrashmetalowy zespół, idealny jako otwieracz dla zagranicznej gwiazdy i otwieracz do piwa w upalne, letnie popołudnie. Subiektywnie życzyłbym sobie rozwinięcia skrzydeł i puszczenia lejc tego metalowego zaprzęgu, który miarowo cwałuje z góry obranym szlakiem. „Lost Control” to bardzo solidny album thrashmetalowy, który jednak nie będzie rezonował szerzej poza kręgiem posiadaczy tzw. telewizorów z okładką „Coma of Souls” na plecach. Jeśli widzicie siebie w tym wesołym kółku towarzyskim, to zachęcam do zakupów.

Bartosz Cieślak

Cztery