THE NIGHT FLIGHT ORCHESTRA – Amber Galactic (Nuclear Blast)

Panowie z paru dużych, metalowych kapel biorą wolne i biegną do garażu łupać rocka lat siedemdziesiątych. Kiczowatego, przaśnego i nieznośnie wręcz przebojowego. Brzmi jak recepta na sukces? No właśnie, niekoniecznie… Przecież z tego mogłaby wyjść okrutnie zła płyta. Jednak nie w tym przypadku – The Night Flight Orchestra obronną ręką wychodzi z wszelkich niejasności, choć pewnych grzechów nie unika. Mimo wszystko, dobry to album. Znów się zgadzamy. Ileż można…

G: Uszanowanie, Panie kolego, sprawa jest dość złożona i nietuzinkowa, jak na nasz portal. Klasyczny rock, czysta zrzyna z Pink Floyd, a do tego nutka popowej nośności i mieszanka charakterów godna prawdziwego all star bandu. Mowa tutaj o The Night Flight Orchestra, supergrupie, której dowodzi niezmordowane gardło Soilwork. Speed + hard’n’heavy, to jest to!

A: Oj, nawet więcej, niż nutka! Supergrupa, biorąca się w dodatku za temat, który łatwo może hm… wymknąć się spod kontroli i wręcz zabijać pretensjonalnością. Brzmi to ryzykownie. Sam byłem zdziwiony, jak świeżo brzmi ten album, mimo, że to wszystko już tyle razy było.

G: Przemielone przez wszystkich, a najbardziej przez ekipy pokroju Bigefl. Podoba mi się luz, jaki bije od tej muzyki, to, że jest przaśna i cukierkowa, a jednak ma w sobie tyle „kwasu”, że spodoba się nie tylko naszym starym, jeśli wiesz, co mam na myśli. Ale z drugiej strony, przy wódce morda cieszy się nam do Ghost, to nie dziwota, że The Night Flight Orchestra też trafia w (na pewno moje) gusta. Mam nad tobą pewną przewagę, bo heavy metal kocham, więc z radością przyjmuję takie łojenie.

A: Ależ ja także od heavy nie stronię! Aczkolwiek już moje wybory są dość emocjonalne – albo coś zażre, albo nie. Tutaj, momentami, wszelkie normy muzycznego lukru zostają przekroczone po stokroć, ale dziwnym trafem wcale nie łapię się za głowę z zażenowania. Gdy bowiem zaakceptować niesamowitą przaśność tego materiału, otwiera się przed nami zbiór bardzo dobrych piosenek. No i jakoś tak… patrzę na nich i wierzę, że to po prostu hołd złożony młodzieńczym fascynacjom, szczery i bezpretensjonalny.the-night-flight-orchestra

G: Tak jest. Ja, mało tego, z przaśnością i lukrem mam do czynienia od lat. Zresztą, wychowałem się na może nie takim, bo jednak metalowym graniu, ale skoro dziś lubię popularny szwedzki zespół na literę „S” i nie uważam tego za wstyd, tak cukierki od Speeda i kolegów wchodzą mi równie dobrze. Tylko momentami brakuje mi tego pazura, ciężaru. Za skocznie, za wesoło panowie grają, jak na czterdziestolatków.

A: Cóż, po prostu weszli w określoną konwencję bezkrytycznie, przyjmując zarówno wszystkie jej dobre strony, jak i rzeczy nieco gorsze. Bo przecież zdarzy się czasem, że zabłądzą gdzieś z nadmiarem solówek albo naprawdę przesadzą z cukierkowością. A w obrazie ogólnym, że właśnie za mało tutaj ciężaru. Nie można jednak mieć wszystkiego. Ze stylistyki wyciskają bardzo dużo dobrego. A przecież równie dobrze mógłby im z tego wyjść mały, muzyczny koszmarek, o to nietrudno.

G: Owszem, zwłaszcza, że w kapeli jest kilka naprawdę dużych ego, po których nie spodziewałem się takiego skoku w bok. Mało tego, utwory o wybitnie funkowym pulsie nadają się do radia, ale nie Radiowej Trójki, a jakiejś inteligentnie prowadzonej rozgłośni. W Stanach ten album powinien odnieść wielki komercyjny sukces. To taka muzyka drogi. Skrzyżowanie nośności Bon Jovi z patosem i epickością Floydów, pazurem Purpli i kiczem glam rockowych tuzów typu Poison. Jezus, no dzieje się na tej płycie sporo, łechce to ego, i spodoba się drugiej połówce.

A: No widzisz, nie spodziewałeś się, a to już ich trzeci długograj (śmiech). Widać, jak wielką rolę odgrywa w tym wszystkim promocja i sięgające daleko łapy wielkich wytwórni. Ale nic to, ważne, że w końcu się do odrobinę szerszej świadomości przebili. A nie męczy cię trochę ten album, w zasadzie – dalsza jego część? Moim zdaniem, małe uszczuplenie z minut dobrze by mu zrobiło…

G: Po „Space Whisperer” powinien być koniec. W ogóle, w tle słychać rosyjski? Kurwa, to są dopiero smaczki (śmiech). W każdym razie, zgadzam się, godzina z takim bandem to za dużo, ale jako, że aplikowaniem takich dźwięków zajmuję się dosłownie od święta, niech będzie, jak jest.

A: Nie wiem, czy zauważyłeś, ale w każdym kawałku jest taka wstawka (śmiech). Nie mam pojęcia, skąd ludzie biorą takie pomysły. Brzmi to mimo wszystko ciekawie. W jednym z moich ulubionych numerów, „Gemini”, słychać natomiast naszą piękną mowę! Widzę, że co do długości się zgadzamy, trochę za bardzo popłynęli. Parę perełek jednak można wyłowić i skonsumować na poczekaniu, nie „męcząc” się z całą płytą. Przecież wspomniane „Gemini” czy „Star of Rio” to hity pełną gębą, do radia, jak stwierdziłeś, jak znalazł.

BandG: No właśnie, ten polski fragment to jakby żywcem wyjęty (włącznie z pierwszym tematem) z płyt Lady Pank. Sztos i tyle. No panie, po raz kolejny jaramy się dobrą płytą.

A: Po prostu źle trafiamy, następnym razem dla odmiany musimy wybrać jakiś zupełnie nieciekawy krążek i dać upust negatywnym emocjom (śmiech). A zastanawiałeś się kiedyś, dlaczego większość takich wycieczek w przeszłość to kompletne niepowodzenia? Ciekawe zagadnienie…

G: No to ja proponuję nowy album Linkin Park. Idealna rzecz na zbesztanie. A co do drugiej części twojej wypowiedzi: cóż, większość takich płyt jest nieszczera i nagrana trochę na siłę. A tu, nawet jeżeli są wpadki (te klawisze, ile można!), to ja to kupuję, bo dziwnie tym ludziom ufam.

A: Zastanawia mnie, na jakim poziomie świadomości rozgrywa się najbardziej podstawowy werdykt: tak, czy nie? Bo przecież tutaj mamy niemalże receptę na katastrofę, strasznie to słodkie, kiczowate i naiwne. Tysiąc podobnych płyt w najlepszym przypadku bym przemilczał, w najgorszym – okrutnie zbeształ. Nie wiem, co czyni akurat NFO wyjątkową pod tym względem kapelą, ale jestem pewien, że jako oddech po codziennej łupaninie i rzeczach bardziej „ambitnych” ten album sprawdza się rewelacyjnie. Tylko, jak już wspomniałeś, wszystko z umiarem, bo gdy raz przedawkujesz, możesz już do niego nigdy nie wrócić (śmiech).

G: No, dlatego do weekendu przerwa, a potem tańce! (śmiech)

Zgadzali się ze sobą Grzegorz Pindor i Adam Gościniak