THE MOTH GATHERER – A Bright Celestial Light (Agonia Records)

Szwedzkie duo The Moth Gatherer, czyli Alex Stjernfeldt/Victor Wegeborn powstało w 2009 roku i jeśli wierzyć wypowiedziom tego pierwszego osobnika, główną stymulacją były jakieś osobiste tragedie, które mocno wpłynęły na muzykę i nazwę zespołu. Błądzenie w ciemnościach ludzka rzecz, jeśli jednak ktoś potrafi się z takiego dołu wykaraskać i jeszcze nagrać płytę, mającą być w jakimś tam sensie pamiętnikiem wewnętrznej walki – pogratulować. Tym bardziej, że muzyki źle się nie słucha i nie wywołuje ona specjalnie traumatycznych reakcji.

Do działeczki sludge/doom czy nawet progresywnej, swoje pięć głośnych groszy postanowił dorzucić TMG, który w sposób całkiem solidny wywiązuje się ze swojego zadania. Może na początek nie powinienem narzekać, bo to nieładnie, jednak jedynym, małym zarzutem wobec duetu jest zupełna beztroska w temacie szukania jakichkolwiek nowych rozwiązań. Zdawać by się mogło, że muzycy godzą się z faktem, że prochu już nie wymyślą i spokojnie, ze znawstwem dobierają z bogatej palety te brzmienia, które akurat najbardziej pasują. Głównym elementem muzyki jest wszechogarniająca melancholia, rodząca się na przecięciu dynamicznych, doom’owych partii z niemal ISIS’owymi przestrzeniami. Dobrze rozplanowane instrumenty tworzą albo potężną ścianę dźwięku inkrustowaną gitarowymi zagrywkami, to znowu wpadają w ciche zawodzenie, oparte na akustycznych, zawieszonych przestrzeniach (szkoda tylko, że tych jest dość mało…). Mam wrażenie, że nieco po macoszemu potraktowany został wokalista, który w mocniejszych fragmentach zwyczajnie ginie w tle, choć kto wie, może tak właśnie maiło być?

Płyta składa się z pięciu długich kompozycji, które w założeniu są dźwiękowym oczyszczeniem ze wspomnianych we wstępie traum. Raz oczyszczenie wychodzi nieźle, innym razem mniej. Dla niżej podpisanego zespół na wyżyny wspina się w dwóch utworach – „Intervention” i „A Road of Gravel and Skulls”. Pierwszy kawałek łączy doom’ową posępność z bardzo fajnymi, akustycznymi fragmentami, w których zawieszona, łagodnie płynąca melodyka przyjemnie łagodzi stres po ostrych i przytłaczających partiach. W tym kawałku udało się także wprowadzić ciekawe, gitarowe zagrywki, malujące wpadające w ucho ornamenty. Drugi utwór to przede wszystkim przemyślany i zróżnicowany aranż, dopuszczający nawet lekkie wpływy industrialnych, sztucznych bitów, także tempa są świetnie rozplanowane, od gęstszych zagrywek aż po maksymalny, cholernie wolny dół. To chyba najlepszy kawałek na płycie. Dwa ostatnie numery to jednak już klasyczne dla gatunku melancholijnego doom metalu groby, z których „The Wobm The Woe The Woman” przez dziesięć minut atakuje nieprzerwaną, miażdżącą ścianą dźwięku, posępnym, beznadziejnym klimatem i depresją czającą się za każdym rogiem. Jeśli panowie traktują muzykę jako remedium na swoje smutki i przeczyszczający eliksir, faktycznie, za jej sprawą wydalili chyba każdy gram negatywnych emocji.

Nie jest „A Bright…” jakimś wybitnym, przełomowym dziełem, jednak można w nim znaleźć kilka całkiem ciekawych momentów, łączących nowocześniejsze myślenie o muzyce z klasyką zerkającą smutno w stronę My Dying Bride. Przyjmuję, że to po prostu solidny rzemieślniczo produkt. Zastanawiam się jedynie, co teraz będzie motorem dla muzykantów, skoro pozbyli się swoich smutków? Powinienem napisać, że czekam na drugą płytę, jednak w takim razie musiałbym im po prostu źle życzyć…

Arek Lerch

Trzy i pół