THE MODERN AGE SLAVERY – Requiem for Us All (Pavement)

Okładka niczym screen z  futurystycznego filmu grozy, płonące wieżowce i ginący niby – ludzie a raczej mutanty schyłkowej ery ziemskiego żywota. Nazwa zespołu pisana przez rażonego prądem i dotkniętego ADHD gimnazjalistę. Tytuł bez ogródek sugerujący pożegnanie z tym łez padołem. Co to może być? Najnowsza, druga płyta włoskiego, deathcore’owego projektu The Modern Age Slavery. Zaraz, zaraz… Włoskiego?! To chyba raczej włoska mafia muzyczna, stacjonująca w Chicago. Albo innym NY…

 

 

Czasami, zamiast delektować się wykwintnym, wegetariańskim żarciem, mam ochotę na wulgarnego fastfuda. Pozostając przy korycie – kiedy słucham „Requiem…” mam wrażenie, że tym pięciu Włochom skąpiono makaronu i to bardzo, bo wkurwieni są okrutnie i rychły koniec świta wieszczą z takim zapamiętaniem, że aż mi głośniki spalili. Dość żartów.

W ostatnich czasach raczej rzadko zapuszczam się w rejony, których reprezentantem jest The Modern Age Slavery. Czyli na zieloną granicę między czystym death metalem a agresywnym i technicznym metalcorem. Jasne, mógłbym użyć określenia „deathcore”, jednak mam wrażenie, że załogi z tego nurtu tak usilnie pragną być przyporządkowane do szuflady z napisem „metal śmierci”, że żal mi im tego tytułu odmawiać. Choć z drugiej strony, straszliwa spina, na jakiej grają te swoje pokręcone ataki, brzmi, jakby chcieli być bardziej deathmetalowi od samego death metalu. Ambicja to oczywiście nic złego, ale po lekturze „Requiem for Us All” musiałem wyjść na świeże powietrze, żeby złapać oddech.  Tu nie ma przebacz, Włosi specjalizują się w maksymalnie zagęszczonym i napiętym niczym struna metalu. Wszystko podbite jest, co oczywiste, rewelacyjną pracą garowego, dzięki któremu muzyka prze do przodu niczym parowóz. Perfekcja wykonawcza to jedno, a osiągniecie odpowiedniego, dołującego klimatu to drugie. Nie powiem, że zespołowi się to nie udaje, jednak, by wspiąć się na jakiś stopień apokaliptycznego nastroju, muszą posiłkować się lekkimi, elektronicznymi tłami (niezwykle udany „The Silent Death of Cain” czy „Icon of a Death World”). W przypadku tradycyjnej riffowni dominuje betonowy, death’owy gruz, który nobilitowany jest nie przez kompozycyjny kunszt, ale raczej przez sprawne odtworzenie tegoż. Mówiąc po chłopsku – trudno odróżnić jeden riff od drugiego i tylko niuanse aranżacyjne pozwalają zorientować się w topografii płyty. Co oczywiście nie jest złe, bo przecież nie z Pendereckim mamy do czynienia a z okrutnymi blastmasterami. I tak też odbieram płytę – jako znakomity i zmasowany atak na narządy słuchu, rytmiczny do bólu strzał w pysk, który z jednej strony wywołuje zachwyt umiejętnościami i lekką konsternację z powodu małego talentu do pisania chwytliwych, czy nawet – nie bójmy się tego – melodyjnych riffów. Po prostu stali w niewłaściwej (oczywiście – w zależności od punktu widzenia…) kolejce po talenta.

Mimo wszystko nie mogę odmówić zespołowi wysokiego poziomu wykonywanej muzyki. W kategorii deathcore czy może – modern death metal, są fachowcami jakich mało i nawet All Shall Perish czy sam master Job For A Cowboy, który był  chyba jedynym dla Włochów wzorcem, muszą mieć się na baczności. Mnie jedno przesłuchanie wystarczy, muskuły  po lekturze płyty zwiększyły objętość, na koncert się przejdę i tyle. Więcej agresji niż wrażeń estetycznych. Czyli dokładnie tak, jak w przypadku tej szufladki być powinno…

Arek Lerch

Trzy