THE MIDNIGHT GHOST TRAIN – Cypress Ave. (Napalm)

Tak zwane korzenne granie mocno mi się ostatnimi czasy przejadło. Szczególnie to, co  proponują  słuchaczom większe wytwórnie, przyprawić może o ból brzucha co najmniej, że wspomnę tylko niesławne przypadki Pristine, Mammoth Mammoth czy Earth Electric. Krążki te dobitnie pokazują, że choć recepta na sukces wydaje się wybitnie nieskomplikowana, bardzo łatwo o potknięcie w najmniej oczekiwanym momencie. Można przecież zapomnieć o dobrych piosenkach, odrobinie chociaż oryginalności czy jakimkolwiek zróżnicowaniu materiału. The Midnight Ghost Train i „Cypress Ave.” świecą przykładem, że zapominać jednak nie trzeba. Grają w zupełnie innej lidze, i to jak grają…

Pod pewnymi względami przypominają mi Clutch. Przede wszystkim, bliźniaczo podobne jest uczucie przemieszania gatunków i odrzucenia etykietek – ciężko stwierdzić, czy mamy do czynienia z bluesem, hard rockiem czy stonerem, ale kwestia ta prędko schodzi na drugi plan. Są autentyczni i, w najlepszym tego stwierdzenia znaczeniu, do głębi południowi. Może i frontmanowi brakuje nieco swoistego, kaznodziejskiego pierwiastka cechującego sztukę pana Fallona, ale nie przeszkadza mu to opowiadać historii, od których naprawdę ciężko się oderwać. Może i grupa nie ucieka się do zabójczych temp, praktykowanych nagminnie przez Clutch zwłaszcza na kilku ostatnich płytach. Jest raczej zawiesiście i niespiesznie. Mimo kilku różnic, zgadza się ogólny feeling i atmosfera „Cypress Ave.”. No i „The Echo”, które spokojnie mogłoby znaleźć się na takim „Blast Tyrant”…

Oba zespoły łączy także fakt, że są inne. Piszą zatem własne historie. Ta od The Midnight Ghost Train nie należy do najbardziej przewidywalnych ani ujednoliconych – i nie mówię wcale o wymyślaniu koła na nowo, bo takich rewelacji spodziewać się można wszędzie, lecz nie tu. „Cypress Ave.” jest krążkiem szalenie zróżnicowanym, nawet, jeżeli początkowo nic takiego obrotu rzeczy nie zapowiada. Na wstępie jest bowiem dość ciężko i intensywnie, niemal stonerowo, bez nawet grama oddechu. I w takiej odsłonie grupa prezentuje się bardzo dorodnie, głównie za sprawą soczystego brzmienia (coś, jak The Devil And The Almighty Blues, czyli najbardziej amerykańscy z Norwegów) i, ciągnącego całość za uszy, zajmującego wokalu. Jest zatem więcej, niż poprawnie, ale prawdziwa magia dochodzi do głosu gdzieś na wysokości „Break My Love”. I nie puszcza już do końca. Spod gitarowego przesteru wygrzebuje się bluesowa dusza Amerykanów, niesamowita swoboda twórcza i „czarny” głos Mossa. Wszystko jest na swoim miejscu, czy to we wspomnianym już „Break My Love”, czy w takim „Black Wave”- w zwiewnym i niewesołym jednocześnie bluesie brodacze czują się, jak szczupaki w wodach Missouri. Absolutne olśnienie przychodzi natomiast wraz z „The Boogie Down”- utworem tak odmiennym od reszty, że, słysząc go po raz pierwszy, odruchowo sprawdzałem, czy to aby nie jakaś pomyłka. To pięknie funkujący numer, idealnie dopełniany przez wokalizy będącego na gościnnych występach rapera, Sonny’ego Cheeby; wisienka na, i bez tego okazałym, torcie oraz świadectwo niezwykłej muzycznej wyobraźni i odwagi.band

Nie ukrywam, że dość wyraźny podział „Cypress Ave.” na dwie, zupełnie odmienne, części utrudnia ostateczną ocenę tego albumu. Granica przebiega mniej więcej w połowie, dzieląc krążek na składową stonerową – solidną, ale pozbawioną większych niespodzianek, oraz tę drugą, korzennie bluesową (zakłóconą funkiem „The Boogie Down”), która to momentami ociera się o geniusz. Owszem, może tajemnica zawiera się właśnie w tym kontraście, a bez elementu stonerowego blues serwowany przez The Midnight Ghost Train nie smakowałby tak samo. Może jedno nie istnieje bez drugiego… Zostawiając jednak bezcelowe rozważania na uboczu, noszę w sobie graniczące z pewnością przeświadczenie, że jeśli mowa o podobnym graniu, nie objawi się już w tym roku album lepszy, niż „Cypress Ave.”.

Adam Gościniak

Cztery i pół