THE MEADS OF ASPHODEL – Sonderkommando (Candlelight Records)

Ambicji Metatronowi odmówić nie sposób. Rozprawiwszy się w 64 minuty i w zaledwie 60000 słowach (tyle liczy metatronowy wywód zamieszczony na stronie zespołu) z Jezusem z Nazaretu i jego wizerunkową spuścizną na płycie „The Murder of Jesus the Jew”, tym razem po odbyciu podróży do Auschwitz-Birkenau zdobył się na odważny, koncepcyjny album traktujący o Sonderkommando – więźniach w nazistowskich, niemieckich obozach śmierci obsługujących komory gazowe.

Typowa dla The Meads Of Asphodel żonglerka konwencjami muzycznymi, tym razem z holokaustem w tle, nasuwa skojarzenia z filmem „La vita è bella” Roberta Begniniego z 1997 roku. Tam reżyser z powodzeniem łącząc takie gatunki filmowe, jak film wojenny, dramat i komedię, poprzez operowanie absurdem i groteską pozornie dystansował nas od wizualnego, rzeczywistego wymiaru tragedii rozgrywającej się za murami obozu koncentracyjnego. „Meadsi” swoim zwyczajem i niczym wspomniany Begnini dokonali muzycznej masakry na powadze tematu, niejednokrotnie odczarowując  ją dźwiękiem i słowem. Jokerowe „Why so serious?” nabrało tu osobliwego znaczenia.

Jak groteskowo może bowiem zabrzmieć solo na harmonijce ustnej w stylu western po wykrzyczanym „Sonderkommando!”? Jakimże absurdalnym pomysłem jest upychanie po komorach gazowych swoich fascynacji psychodelicznym Hawkwind? Czy wśród grzebanych zwłok jest miejsce na tango Astora Piazzolli i wiktoriański black metalowy syf? Połączenie estetyk wygląda momentami nienaturalnie i kiczowato a zarazem zjawiskowo, niczym odziany w bryczesy i żabot „niebieski” Jamie Foxx w „Django Unchained”. Trzeba jednak oddać Anglikom, że zdarza im się w przejmujący sposób przełamać dominujące na płycie artystyczne rozbrykanie na rzecz zimnego dotyku obozowej rzeczywistości obdartej z artystycznej kreacji. Dialog w „Lamenting Weaver Of Horror” z powtarzanym przez Metatrona bezwzględnie i ostatecznie brzmiącym „The F Word”, czy cytowane na końcu płyty obozowe statystyki udanie kalibrują jedyny właściwy stosunek słuchacza do tamtych wydarzeń i pozwalają na chwilę zapomnieć, że mamy do czynienia z tzw. „pojechanym zespołem”.

Zasadnicze pozostaje jednak pytanie, czy różnorodność napędzana artystyczną płodnością odbiła się pozytywnie na samej muzyce? Czy ta przedstawia wartość, która po dokonaniu skomplikowanych obliczeń matematycznych wyraża się poprzez proste „podoba mi się” lub „nie podoba mi się”? Chciałoby się powiedzieć „nie wiem”. Gdyby pozbyć się tych wyjących zaśpiewów w stylu Clare Torry (pamiętna partia w „The Great Gig in The Sky” Pink Floyd), wyrzucić wciskane czasami na siłę blackmetalowe zagrywki i męczące, nadużywane w trybie stereo wokalizy samego Metatrona, czyli łącznie około 30% zawartości płyty, mielibyśmy do czynienia z dziełem nie tylko na wskroś eklektycznym lecz przede wszystkim równiejszym jakościowo, gdzie przeważałyby te bardziej porywające fragmenty. Poprzestańmy zatem w tym miejscu na stwierdzeniu, że jest to płyta…”ważna”, a z politykierskiego rozpędu rzekłoby się – „potrzebna”. Pozostaje tylko ustalić dla kogo i komu… Czy ktoś z Was nosi szyszak albo kapalin?

Kuba Kolan

Cztery