THE KOOKS – Let’s Go Sunshine (Lonely Cat)

Krótko i węzłowato na temat depresji pogodowej. I tego, dlaczego słucham akurat The Kooks. Niedawno planowałem udać się na krótkie wakacje, mające być w założeniu pożegnaniem z tegorocznym, dość krótkim dla mnie, sezonem letnim. Pogoda sprzyjała, wydarzenia, niestety, nie, skutkiem czego zamiast po lasach mazurskich szwendałem się po czeluściach komputera, lecząc depresję – no właśnie – nowym albumem The Kooks, bo przynosił w ten smutny dzień kupę słońca w dźwiękach całkowicie nie-intelektualnych.

Taka jest nowa, piąta już płyta pochodzącego z Brighton kwartetu. Brytyjska jedynie częściowo, bo brakuje jej wyspiarskiej blazy, ale np. w zestawieniu z nowym dziełem Suede, który na „Blue Hour” chciał chyba pobić rozmachem Sierżanta Pieprza, zniewalająca radosnym, prostym jak cep klimatem zabawy. W zasadzie wszystko mówi już okładka z balonikami – tu nie ma zadęcia, są za to zwyczajnie dobre kompozycje. Być może właśnie ich bezpretensjonalność powoduje, że szukający dziury w całym dziennikarze chłoszczą „Let’s Go Sunshine” wyrzutami, jednak jeśli podejdzie się do płyty bez oczekiwań za to z nadzieją na dobrą zabawę, będzie to miło spędzony czas.band

Ukułem sobie taki opis – jeśli udałoby się zmusić Placebo (podobnie można zrobić z Coldplay, tyle, że oni są jednak przypadkiem beznadziejnym…) do zespołowej terapii, wskutek której ekipa Briana Molko zostałaby raz na zawsze pozbawiona wk… patosu, mielibyśmy efekt porównywalny do „Let’s Go Sunshine”. Zdaję sobie sprawę, że to trochę herezja w oczach fanów Placebo, ale tak właśnie jest – The Kooks tworzą muzykę banalną, wakacyjną a jednocześnie cholernie przebojową.  Z tym, że owa przebojowość jest z gatunku „lubimy melodie, które znamy” – to wszystko już było, niezależnie, czy słyszymy odległe echa The Clash, oddech akustycznego TJAMC czy pewne zapożyczenia melodyczne z repertuaru Papryczek. Takie duchy gdzieś mi tu krążą, od czasu do czasu wywołując uśmiech na ryju. Nie wyróżniam żadnej piosenki, bo w zasadzie całość to sprawnie (a stąd blisko do „poprawnie”) zagrana, przyjemna dla ucha papka.

Właśnie – papka, która ma spowodować głębszy oddech i za pięć minut wyparować z głowy. Nie wiem, czy muzycy byliby zachwyceni takimi słowami, ale na pocieszenie powiem im, że płyta stała się w ostatnich dniach nieinwazyjnym towarzyszem podczas rowerowych eskapad. Jak spadnie pierwszy śnieg, zakończy swój żywot.

Arek Lerch 

Trzy