THE KANDIDATE – Facing the Imminent Prospect of Death (Napalm Records)

Czy tego chcą, czy nie, widmo szwedzkiego wynalazku, jakim jest death’n’roll, ciągnąć się za nimi będzie, dopóki nie zmienią stylu na disco. Co oczywiście nie jest złe, bo syfny, zmetalizowany rock – punk z crust’owymi naleciałościami zawsze w cenie. Zapewne taka filozofia przyświecała czterem brudasom z Danii podczas pracy nad następcą debiutanckiego krążka „Until We Are Outnumbered”.

 

Teraz już nikomu nie będzie się chciało nazywać The Kandidate kaprysem Jacoba Bredahla. Wprawdzie pięknie wydziarany wokalista zawsze będzie kojarzony z Hatesphere, bo tam zdobywał muzyczne ostrogi, jednak te czasy minęły i dzisiaj jest tylko i wyłącznie nowy zespół, który swoim drugim krążkiem potwierdza wszystkie wady i zalety obranego stylu. Zalety to przede wszystkim brudny, rock’n’rollowy drive, jaki bije z każdego dźwięku na „Facing…”. Do tego dochodzą d – beat’owe tempa, hardcore’owy zadzior i odpowiednie, nie – wypucowane brzmienie. Tej płyty po prostu fajnie się słucha. No, właśnie. Fajnie… Nie, żebym chciał odmówić załodze pomysłu; chodzi raczej o to, że niewymuszone, luźne hałasowanie niesie ze sobą odpowiednią dawkę jednowymiarowej energii i niczego więcej się tu nie znajdzie. Odnoszę też wrażenie, że na debiutanckim krążku udało się przemycić więcej mroku, zła i posępnej, niemal „hellhammerowej” atmosfery w tych wolniejszych fragmentach.

Na nowej płycie bryluje kilka naprawdę fajnych kawałków. Na pierwszy ogień idzie entombed’owy (a jakże!) „Total War” z hipnotyczną zagrywką gitary, miażdżący, rozbudowany walec „Let the Maggots Have It” czy thrash’owy zadzior „Dommedag”. Osobiście hitem płyty mianuję za to „Fucked in the Search for Life”, gdzie Kandydaci połączyli toporne zwrotki z fantastycznym refrenem. Oj, wpada w łeb ten song niemożliwie. Pozostałe numery nie są złe, ale też niczym się specjalnie nie wyróżniają. Jest death’owo i roll’owo, z konkretnym, rockowym „vibem”, jednak od następcy „Until…” oczekiwałem czegoś więcej, chociażby nieco lepszych riffów…

Zespół sprawnie żongluje sprawdzonymi patentami, wydaje mi się jednak, że zamiast wystawić nieco dupsko i zaryzykować, stworzył dość zachowawcze dziełko. Sadowiące się w konkretnej niszy, zbyt „bezpieczne” jak na buntowniczy charakter, bądź co bądź, rebelianckiej muzyki. Nie skaczę z radości, choć od czasu do czasu z przyjemnością pomacham główką przy wymienionych wyżej hitach. Czekając jednocześnie na nowe wymiociny załogi LG Petrova…

 

Arek Lerch 3