THE JOHN DOE’S BURIAL – Threnady

Od jakiegoś czasu obserwuję, że wśród hc/punkowych załóg, kłaniających się rogatemu coraz bardziej przeważa nurt brutalistyczny, czyli, krótko mówiąc, zamiast melodii otrzymujemy całą masę agresji i niemal death metalowej masy. Czy to dobrze? Z jednej strony tak, bo nie powstało nic gorszego niż melodyjny metalcore, z drugiej, wolę jednak czystość gatunkową. „Threnady” stawia się gdzieś w połowie drogi do mojego serca…

Kariera pochodzącego z Piotrkowa Trybunalskiego John Doe rozpoczęła się w 2001 roku i zamknęła kilkoma materiałami, przede wszystkim jednak warto wspomnieć o wojażach po Białorusi i Rosji, gdzie zespół dotarł do tak egzotycznych miejsc jak Murmańsk. W końcu coś się posypało i po zmianach w składzie grupa wystartowała z nową nazwą, przypieczętowaną trzyutworowym materiałem. Tym razem nie ma już wątpliwości, że zespół stawia głównie na zdecydowanie metalowe uderzenie. Można dywagować nad zawartością death metalu w nowych kawałkach, ja jednak wolę pozostać przy określeniu  deathcore, bo nadal uważam, że do czystego gatunkowo metalu śmierci jest jeszcze kawałek drogi do przebycia. Trzy nowe kawałki to apoteoza podwójnej stopy, ołowianego riffu i wokalnego krztuszenia się. Warto zauważyć, że zespół całkiem sensownie popracował nad aranżacjami, starając się wprowadzić trochę ruchu do swojej muzyki. Najważniejsze jest jednak to, by znaleźć coś, co przykuje uwagę słuchacza. Niestety, w pierwszym z brzegu kawałku „Disconnection Failure” to się nie udało, bo oprócz szybkiego zasuwania do przodu nic ciekawego się nie dzieje. Inaczej jest w pozostałych dwóch numerach. Moim faworytem jest niewątpliwie „Waiting For Godot”, gdzie obok blastów i typowo death’owego mielenia, mamy świetne zwolnienie kończące kawałek, gdzie uwagę przykuwa znakomita, lekko niepokojąca partia gitarowa. Szkoda, że ten pomysł nie stał się zarzewiem całego numeru. Mam nadzieję, że na koncercie chłopaki troszkę zapętlają ten motyw, grając go po prostu dłużej… Z kolei „Surgery of Insanity” to prawdziwy beton, walec z dołującym riffem i rasowym, miażdżącym zwolnieniem. Słychać, że zespół ma sporo pomysłów, może nie każdy jest doskonały, trafiony, ale z każdym przesłuchaniem przekonuję się, że mają duży potencjał. Pozostaje tylko kwestia, czy na pełnym materiale uda się wyeksponować te zdecydowanie jaśniejsze momenty, jakie pokazali na tej płytce.

Na koniec jeszcze tylko uwaga – warto jednak odejść trochę od standardowej dla naszej sceny, domowej metody nagrań, bo słychać, że w kształtowaniu tych nagrań miał, niestety, udział głównie komputer, który, jak wiemy, nigdy nie odda naturalnego brzmienia. Jeśli na następnej płycie uda się obejść wspomniane wyżej mielizny, możemy mieć do czynienia z mocnym reprezentantem deathcore’owej szkoły.

 Arek Lerch

Trzy i pół