THE IRON SON – Enemy (Pure Evil)

Kto jakimś cudem zapomniał o istnieniu Bleeding Through, ten, jak to mówią trąba. Grupa z Orange County przez lata reprezentowała wszystko co w metalcorze najlepsze, a śmiem twierdzić, że był czas kiedy byli ponad wszystkimi konkurencyjnymi zespołami. Mało tego, oni pierwsi dali podwaliny pod brutalnego core’a z melodic death metalowymi naleciałościami w postaci mrocznych klawiszy i równie szybko jak zdominowali scenę, tak z niej odeszli. Wypalenie zawodowe, chęć prowadzenia biznesu i założenia rodziny z pewnością miały wpływ na to, dlaczego kilka lat temu pożegnaliśmy ten niezwykle nietuzinkowy band. Dziś, kiedy wiadomo już, że tegorocznym reunion na jeden show, był tylko jednorazowym wyskokiem w celu zbiórki pieniędzy dla The Ghost Inside, o zespole, w jego pierwotnej formie można zapomnieć. O Bleeding Through, nie o Brendanie Schieppatim, który razem z Shanonem Lucasem i (gościnnie) Martą Peterson, sprokurował dzieło stanowiące uzupełnienie dyskografii swojego macierzystego zespołu.

Debiutancka ep-ka The Iron Son składa się zatem z zupełnie premierowego materiału, będącego solową twórczością jedynego takiego trenera personalnego w całym metalu, oraz, ku rozczarowaniu co poniektórych, przypomnieniem side projektu o wymownej nazwie Suffer Well. Nie mnie oceniać, czy utwory z jedynego longa tegoż dla Century Media są tutaj na miejscu, gdyż tamtej płyty nie słyszałem, podobnie jak I Am War w którym Brendan połączył siły z wokalistą nieodżałowanego Atreyu (dzięki Bogu, że wrócili do gry!). Stąd „Enemy” oceniam jako nową rzecz od mocno lubianego przeze mnie wokalisty, który jak widać, a przede wszystkim słychać, nadal ma parę w płucach (ponadto, nauczył się naprawdę dobrze śpiewać) a jak na zapracowanego 35-latka, jest wystarczająco mocno zdeterminowany aby raz jeszcze pokazać światu czym jest metal z Orange County.Iron Son

W krótkich, żołnierskich słowach – jeśli kiedykolwiek słyszałeś Bleeding Through, najlepiej z okresu „This is Love, This is Murderous”/”The Truth” to doskonale wiesz z czym mamy do czynienia. Ultra szybkie tempa, melo-death metalowe, mroczne klawisze, sterylna produkcja i szalona sekcja rytmiczna stanowią trzon twórczości (tego Pana). Mało który krzykacz potrafi odnaleźć się w tak gęstej młócce, a im więcej blastów i zmian tempa na „Enemy”, tym bardziej chylę czoła przed głównym bohaterem. Nie ukrywam, brakowało mi takiego grania i zamierzam katować się tym albumem przez najbliższy czas. Projekt zyskał tez status aktywnego, koncertowego potworka i z niecierpliwością czekam na przyszłoroczną odsłonę trasy Never Say Die – oby z Despised Icon w roli headlinera i The Iron Son jako jednego z licznych supportów. Dziesięć lat temu metalcore nie oznaczał czystych wokali, djentwych zagrywek i wplatania jak najbardziej przebojowych patentów…

Grzegorz „Chain” Pindor 

Cztery