THE INTERNET – Hive Mind (Odd Future Records)

Czwarty album The Internet miał odpowiedzieć na ważne pytanie – w jakim kierunku kalifornijska grupa podąży po sporym sukcesie „Ego Death” i czy na uda im się popłynąć na fali hype’u, który im owa płyta przyniosła. Cóż, zdaje się, że kierunku nie zmienili, a patrząc na zainteresowanie z jakim spotyka się „Hive Mind”, i wszystkie pozytywne recenzje oraz spływające na nich pochwały, nie sposób oprzeć się wrażeniu, że właśnie mają swoje pięć minut.

Od czasu wydania nominowanego do Grammy „Ego Death” minęły trzy lata. Trzy lata, w czasie których czterech spośród pięciu członków grupy wydało swoje debiutanckie solowe albumy. Największy sukces odniosła wokalistka Syd – „Fin” to bardzo udany mariaż contemporary R&B z hip hopem. Odpowiedzialny za beaty Matt Martians wypuścił „The Drum Chord Theory”, na którym, jak można się domyślać, znajdziemy sporo groovujących rytmów, do których niepotrzebnie podłożono jeszcze wokal. Gitarzysta Steve Lacy wydał krótkie, trwające niespełna 15 minut demo, którego siła tkwi w prostocie i organiczności, natomiast basista Patrick Paige II poszedł najbardziej ze wszystkich w hip-hop, niestety jego krążek jest mało porywający, jednostajny, brzmiący jakby Paige’owi brakowało pomysłów.

Pomimo kilku sukcesów, grupa nie cieszy się póki co popularnością tak dużą jak Frank Ocean czy Tyler, The Creator, którzy również wywodzą się z kolektywu Odd Future, ale w ciągu 7 lat działalności zdążyli już wyrobić sobie mocną markę zarówno w Stanach, jak i na Starym Kontynencie. Nie zwykli pisać hitów – płyt  The Internet słucha się w całości, aby móc popłynąć wraz z przyjemną mieszanką soulu, trip hopu, funku i Bóg jeden wie czego jeszcze. Na „Hive Mind” niby znajduje się kilka bardziej chwytliwych numerów – chociażby napisany w 72 godziny w mieszkaniu wynajętym na Airbnb „Roll (Burbank Funk)” – ale nierzadko bardziej w ucho wpada linia basu niż melodia wokalna. Mnie się to podoba, ale szefom komercyjnych stacji radiowych raczej nie, chociaż takie „Come Over”, oparte na prostej strukturze, przyjemnie bujające, z kapitalną solówką Steve’a Lacy’ego, mogłoby się na emisję w godzinach nocnych załapać.Internet

Rozstrzał stylistyczny jest spory, choć oczywiście całość oparta jest na różnych odcieniach czarnej muzyki. Mamy więc pysznie groovujący funk we wspomnianym „Roll (Burbank Funk)”, ale też wyciszone, spokojne „Stay The Night”, natomiast na „La Di Da” znajdziemy nieśmiałe zabawy z bossa novą. Spokojnie odnajdą coś swojego w tej muzyce zarówno fani Funkadelic czy Sly & The Family Stone, jak  i wielbiciele D’Angelo czy nawet Kendricka Lamara. Zasadniczo grupa porusza się po dobrze znanym sobie terenie, nie starając się wprowadzać do swojej twórczości wielu nowych elementów. Efektem jest easy listening, który  może spodobać się każdemu.

Paweł Drabarek

Pięć