THE HORRORS – Luminous (XL/Sonic)

Wielki powrót wyspiarskiego, niezależnego grania stał się faktem i jeśli nawet ktoś może narzekać, że nadal jest to tylko połączenie arogancji z pulpitem pełnym efektów gitarowych, nie można nie zauważyć znakomitych płyt, które w ostatnich dwóch latach pojawiły się na tym rynku. Dzisiaj, poza Gallon Drunk dołącza do tej puli świetny album The Horrors, na którym upiory z przeszłości ubrane są w całkiem współczesne szaty.

Muzyczna historia londyńskiego kwartetu podszyta jest niezdecydowaniem. Próbowali wszystkiego, poczynając od żałobnych szat gotyckich, aż do curtioswego chłodu. W końcu chyba doszli do wniosku, że muzyka powinna być przede wszystkim taneczna i chwytliwa. I tak zrobili, choć w genach mrok i melancholia pozostały. W takim wymiarze „Luminous” ma szansę stać się ulubionym albumem nastolatków, którzy lubią malować paznokcie na czarno. Co zatem w tym gronie robi stary dziad? Być może chcę się w ten sposób odmłodzić, a może podkreślić, że jednak brakuje mi klimatu przyjęcia urodzinowego?

Nowy album The Horrors to w zasadzie miks, ponad-stylistyczna, alternatywnie rockowa i indie – romantyczna zawiesina, którą można łykać jako panaceum na smutki, albo próbować wściekle wydestylować z niej różne składniki. Bawimy się w chemików? Ok. – każdy kawałek z „Luminous” zatopiony jest w elektronicznym, klawiszowym sosie, który jest pomostem między rockową współczesnością a plastikową przeszłością. Czyli gdzieś tam kołacze się nostalgia za nowym romantyzmem, choć tak po prawdzie poważna jazda zaczyna się, kiedy wchodzą gitary. Te z kolei mogą kojarzyć się z najlepszym okresem awanturniczych braci Reid. Potężna ściana dźwięku przytłacza, jednak w zestawieniu z wokalem Farisa Badwana okazuje się być świetnym tłem dla melodii. I tu znowu napotykamy na niezłe „zagwozdki”, bo z jednej strony, psychodeliczne zawodzenie i blaza w głosie Farisa mogą kojarzyć się nawet z Pink Floyd, jednak dla kontrastu, tu i ówdzie maniera wokalisty trąci Le Bonem, które to zestawienie brzmi równie niedorzecznie jak intrygująco. Do tego wszystkiego – żeby już zupełnie zagmatwać temat – dorzucamy całkiem taneczną, masywną rytmikę. Ogólnie można stwierdzić, że garażowe ciągotki zespołu poszły w odstawkę, natomiast wzrosła świadomość artystyczna, dzięki której udaje się muzykom bardzo fajnie wykorzystać te wpływy do zbudowania spójnego, ale też nie karykaturalnego albumu. Dlatego właśnie nie widzę sensu w rozkładaniu płyty na czynniki pierwsze.Horrors band

Za sprawą „Luminous” The Horrors pokazują swoje najdojrzalsze oblicze, wpisując się jednocześnie w grono współczesnych, alternatywnych zespołów, co serce zostawiły w przeszłości, często całkiem odległej. W naszym kraju działalność takich zespołów nie pozostawia jakiegoś strasznego echa a szkoda, bo w sumie okazuje się, że wcale nie trzeba być z USA, by zrobić coś komercyjnego, bez utraty alternatywnego charakteru. W sumie, nie wiem, jak nazwać twórczość horrorsów, bo dzisiaj to wiece eklektyczna mieszanka, którą można równie dobrze podciągnąć pod shoegaze jak i alt pop, choć jednocześnie nie zapomnieli o tym, jak używa się przesteru gitarowego. W swojej niszy – jakakolwiek by ona nie była – sadowią się na całkiem wysokiej pozycji. Jeśli już mam tańczyć, to właśnie przy „Luminous”.

Arek Lerch 

Pięć