THE HOLY GUIDE – FSU

Zastanawiam się dlaczego muzycy, managementy albo nawet wytwórnie wysyłają mi takie promówki? Pamiętam, że pierwotna wersja The Holy Guile, czyli The Crimson Armada cieszyła się nie tylko u mnie, ale w ogóle w środowisku dość szerokim uznaniem. Nie wiem, co zadecydowało, żeby zacząć przygodę od nowa, pod chujową nazwą, ale co tam. Niech mają.

Pytanie tylko, czy to, co słyszymy na „FSU” (co to za tytuł?!) ma w ogóle jeszcze coś wspólnego z tamtym, skądinąd dość progresywnym, ale wciąż niezwykle brutalnym i zbliżonym do The Black Dahlia Murder zespołem. Zdecydowanie NIE. Zmiany w składzie, nazwie, nawet w samych tekstach („Douche Bag”, „Cool Story’’ – to tak na serio?!) powinny się im odbić czkawką. Bo, co z tego, że instrumentaliści z nich piekielnie sprawni, a gdy wspierają się elektroniką i poruszają po rejonach bliższych melodyjnemu death metalowi, czuć, że w tym zespole tkwi potencjał, skoro co rusz grają te pierdolone breakdowny bez polotu ani pomysłu, a w dodatku, wydaje mi się, że ten album jest skrojony na siłę; nie rozumiem – tego potrzebuje rynek? Albo pseudo-zainteresowane ciężką muzą, wylansowane dzieciaki? Żaden label się tym nie zainteresuje, a jeśli to zrobi, to biada nam. Lepiej iść do lasu i tam siedzieć niż słuchać takich albumów. Ani przemysł ani fani core’a w ogóle, albo niech będzie – metalu, nie potrzebują tego zespołu.
Piwo, a nawet pół litra temu, kto da mi odpowiedź.

Grzegorz „Chain” Pindor