THE GROTESQUERY – Curse of the Skinless Bride (Cyclone Empire)

Minęły kolejne trzy lat i – bach! – mam pozycję numer trzy w dyskografii międzynarodowego combo The Grotesquery. Zgodnie z przesądem ma być to krążek, na którym zespół – dowodzony niezmiennie przez Kama Lee i Roggę Johanssona – ma ostatecznie potwierdzić, że sroce spod ogona nie wypadł i ma do zaoferowania coś więcej niż przyzwoity, drugoligowy death metal. Ale czy w tym charakterystycznym gatunku, poza poetyckim konceptem kryminalno-fantastycznym, można zrobić coś, co przykuje uwagę słuchaczy do „Curse of the Skinless Bride”?

Początek płyty zdaje się dowodzić, że tym razem szwedzko-amerykański kombajn znalazł właściwą drogę i wychyli się ponad to, co w metalowym dziennikarstwie przyjęło się nazywać „muzyczną przyzwoitością”. W stosunku do poprzedniego „The Facts and Terrifying Testament of Mason Hamilton: Tsathoggua Tales” rzuca się w uszy większe przekonanie, z którym Johansson przędzie kolejne riffy, lawirujące gdzieś między szwedzkim śmierć metalem a legendą Death i Autopsy. W warstwie stricte muzycznej nie ma tu zatem większych zmian, ale „Curse of the Skinless Bride” bardziej porywa mnie w te gorące dni przebojowością i opętanymi wokalami Kama Lee. A ten ostatni popisuje się tutaj naprawdę szerokim wachlarzem warknięć, rzygnięć, wrzasków oraz natchnionych melodeklamacji, które rozdzielają poszczególne utwory, snując opowieść z przecięcia prozy Lovecrafta i Poe, i dopełniając koncept znany już z dwóch poprzednich płyt. Tło do popisów ma poza tym nienajgorsze – jest tu przede wszystkim nieco więcej zwolnień niż na poprzedniczce: walcujący „Downfall – It’s All Gone to Hell” to moim zdaniem najlepszy utwór na płycie, a zróżnicowane rytmicznie „Return to the House of Grotesque” fajnie rozrywa tradycyjną szwedzką jatkę („Unholy Reprisal – Resurrection of the Coffin Born” i „Rise – The Advent of the Crooked Man”) oraz ciężkie numery odegrane na amerykańską bardziej modłę („Her Exquisite Corpse – The Skinless Bride” oraz „Hasturs Homecoming – All Hell Awaits”). Z drugiej strony, bez wyrzutów sumienia pozbyłbym się nijakiego „Magnum Innominandum – He of the Yellow Sign”, które wyraźnie spuszcza z tonu przed mocnym zwieńczeniem płyty. A to, poza wspomnianym „Hasturs…” to chyba najbardziej hiciarski refren w dotychczasowym dorobku The Grotesquery, dający się śpiewać przy porannym goleniu „This is the End”. Za ilość poderżniętych gardeł i skaleczonych policzków redakcja naturalnie nie bierze odpowiedzialności.Grotes band

„Curse of the Skinless Bride” to bez dwóch zdań najlepsza rzecz, jaką wydało The Grotesquery, choć za jej sprawą awans do ekstraklasy zespołowi jeszcze nie grozi. Trzeba jednak przyznać, że materiał ten daje dużo więcej frajdy niż poprzednie krążki, jest bardziej zróżnicowany, nośny, a przy tym przebojowy i – mimo braku ekstatycznych popisów Johanssona – dość efektowny w warstwie oldschoolowych riffów i melodii. A sama historia? Cóż, The Grotesquery na pewno stara się wyróżniać wśród podobnych zespołów konceptem i tu bez dwóch zdań należą do czołówki gatunkowych gawędziarzy. A że do tego udało im się wcisnąć w gitarowy hałas więcej mroku, to i ode mnie wpadnie do ich garnuszka pół gwiazdki więcej niż ostatnio.

Dooban

Cztery i pół