THE GREAT OLD ONES – Tekeli-Li (Les Acteurs de l’Ombre)

„Al-Azif”, debiutancki album trampkowców-lovecraftowców z The Great Old Ones jest na tyle udanym kawałkiem black metalu zwanego przez złośliwców „hipsterskim”, że znalazł sobie miejsce na moim regale z kompaktami i nie pozwala się pokryć kurzem. „Tekeli-Li” podzieli zapewne los swego szczęśliwego poprzednika, ale kolejnym odsłuchom tego skądinąd bardzo udanego albumu towarzyszy pewne poczucie niespełnienia. Przyszło mi oto wyżalić się na rozczarowanie dobrą płytą, oby więcej takich problemów.

The Great Old Ones to fajny zespół. Nie żaden tam wielki przełom na miarę gatunku, ale bardzo dobra interpretacja tych samych wątków, na których bazują Wolves in the Throne Room, Krallice czy Altar of Plagues. Przy czym w sensie muzycznym wciąż jest to przede wszystkim black metal, bez wyraźnych ucieczek w stronę postrockowania, gapienia się w trampki i nibyambientowych dłużyzn… I być może tu właśnie jest problem, jaki mam z „Tekeli-Li”, albo to kwestia wyłącznie moich wydumanych oczekiwań. Wykoncypowałem sobie bowiem, że drugi album The Great Old Ones będzie takim skokiem jakościowym, jakim był „Teethed Glory and Injury” w stosunku do wcześniejszych, już bardzo dobrych albumów nieodżałowanego Altar of Plagues. Wyobraźnię podkręcała rzucona na pożarcie zajawka w postaci pierwszego numeru z płyty, który atakował Gojirowatym riffem i połamaną strukturą kompozycji. Po rewelacyjnym początku, napięcie stopniowo opada; album składa się przeważnie z dźwięków ładnych, składnych i bardzo profesjonalnych, ale krążących wokół tego samego pieńka, do którego modlił się „Al-Azif” – dość bezpiecznych i przewidywalnych, choć ujawniających wielką klasę zespołu. To oczywiście w żadnym razie nie jest kiepska muzyka, przeciwnie – technicznie, brzmieniowo i aranżacyjnie Baoht Z’ugga-Mogg nie siada. Brakuje mi jednak z jednej strony jakiegoś szaleństwa i próby nawiązania artystycznego dialogu z Wielkimi Przedwiecznymi, a z drugiej strony – tak porywających momentów jak „Visions of R’lyeh” z debiutu, czegoś, co chciałoby się zapamiętać i inkantować. Band

„Tekeli-Li” nie jest może wersją 2.0 swojego poprzednika, i bardzo chciałbym zachwycić się tą płytą na miarę własnych oczekiwań. Być może gdyby pod tymi dźwiękami podpisał się np. zespół Entropia, piałbym z zachwytu. Jednak przy całej mojej sympatii do The Great Old Ones twierdzę, że najlepsze mają wciąż przed sobą i dopiero pokażą mi, gdzie Cthulhu zimują. Ostatecznie mogą to być tylko moje fanaberie wynikające z nie wiadomo jakich oczekiwań, a „Tekeli-Li” będzie dla was wymarzonym albumem – w idealnych proporcjach uwarzoną zupą według przepisu Weakling, którą przesolił Deafheaven i przypalił Ash Borer. Ja wieszczę im wielką, świetlaną przyszłość – może nie najbliższą, ale ostatecznie z Innsmouth do Y’ha-nthlei wcale nie jest aż tak daleko.

Bartosz Cieślak

Cztery