THE GENTLE STORM – The Diary (InsideOut Music)

Słuchając The Gentle Storm, nie mogłem skupić się na warstwie instrumentalnej, kręcąc z podziwu głową, jaką to zdolną śpiewającą młodzież mamy. Taki dźwięczny głos, taka kojąca, ale i elektryzująca barwa… Dopiero jeden rzut oka do internetu wszystko wyjaśnił: cudów nie ma, młodzież jest dzisiaj jaka jest i może pewnej dojrzałej pani kozaki czyścić.

Nie wiem jak mogłem od razu nie wpaść na to, że osobą tą jest Anneke van Giersbergen. Może to kwestia mojej krótkiej pamięci, która zbyt pochopnie wymazała ze swoich zasobów solowe płyty wokalistki i fanfaronady Devina Townsenda? Myślę, że odpowiedź przynosi pytanie – parafrazując najgorszą piosenkę w historii ludzkości – „who the fuck is Gentle Storm?”. A The Gentle Storm to kolejna „przygodówka” od Arjena Lucassena, tego od Ayreon czy Star One. Tym razem pracowity Holender, nadproduktywne bożyszcze na miarę Stevena Wilsona, skorzystał z usług takiej wokalistki, która pozwoliła wejść jego nowemu projektowi na wyższy poziom. Wyższy poziom mojej przyjemności.The Gentle Storm

Dzięki umiejscowieniu opowiadanej na albumie historii w siedemnastowiecznej Holandii i ubraniu jej w formę dwupłytowego wydawnictwa, gdzie na jednym krążku otrzymujemy utwory akustyczno-folkowe, zaś na drugim ich metalowo-symfoniczne wersje, powstał produkt całkiem spójny i wiarygodny muzycznie. Lekkość wyrazu bazująca na mocno ogranych motywach folkowych i klasycznych (choć zdaję sobie sprawę, że przez czterysta lat te dźwięki mogły się niejednemu osłuchać) i przede wszystkim wykonania wokalne Anneke sprawiają, że ta historyczna rekonstrukcja nie brzmi szczególnie fałszywie. Ciepły stoicyzm Anneke chroni The Gentle Storm przed mieszczańskim folwarkiem w stylu Jethro Tull, mierząc się z bardziej dostojnym Therion. Wokalistka chętnie korzysta ze swoich wysokich rejestrów (barwa w stylu Sharon den Adel), nie bojąc się uderzać w „niepoważne” nuty z pogranicza folku i muzyki barokowej, która dzisiaj może wydawać się na tyle przestarzała, że wręcz kiczowata. Ja jednak poddaję się łagodności i lekkości takiego „Heart of Amsterdam”, mając gdzieś ocenianie tego, co muzyce wypada, a czego nie. Sam zespół instrumentalistów prezentuje się asekuracyjnie i archaicznie, choć w sposób zgodny z kanonami pseudo progresywnej sztuki ustanawianymi przez Lucassena, nie zważającego na trendy (choć obserwuję wzmożone zainteresowanie tego rodzaju graniem) i patyczkującego się z wiolonczelistą i skrzypkiem.

Będąc osobą zazwyczaj z czegoś niezadowoloną, byłoby mi zwyczajnie głupio skrytykować optymizm bijący z muzyki The Gentle Storm. „The Diary” tętni życiem i radością wyśpiewaną zachwycającym głosem. Wolę przynależeć do takiego świata. Przynajmniej do trzeciej łyżeczki cukru…

Kuba Kolan

Cztery i pół