THE GENTLE ART OF COOKING PEOPLE – O (Unquiet Records)

Debiutancki long zespołu o długiej nazwie, ukrywającego się na scenie pod sztucznymi brodami i kapeluszami, sprawił mi dużą przyjemność. Bo choć instrumentalna muzyka to nie lada wyzwanie i łatwo w takiej formie zanudzić słuchacza, te cztery utwory zabrały mnie w bardzo ekscytującą podróż. Oto przykład zespołu, który muzyczną gawędę doprowadził do perfekcji.

Przyznam, że nie jestem do końca przekonany do zespołowych przebieranek, jakie uskutecznia The Gentle Art Of Cooking People, nie zamierzam jednak odmawiać im tej drobnej, nieco performerskiej maniery. Traktują scenę jako miejsce wyjątkowe, gdzie wchodzą w pewną rolę, bardziej aktorską niż muzyczną – ok., mają prawo. Mnie wystarczy wizja bajecznie kolorowej okładki, przywodzącej na myśl co lepsze momenty rocka progresywnego. Na szczęście, takiej muzyki tu nie znajdziecie. Nie znajdziecie w zasadzie niczego, co już słyszeliście. Mam trudność w sklasyfikowaniu tej propozycji, bo niby jest mocno, rockowo, jest dosłowna motoryka, ale od razu słychać, że najważniejszy jest lot, trans, który zespół zadziwiająco szybko osiąga. Długo rozwijające się tematy nie nużą, ale intrygują a zespół zawsze ma coś niestandardowego do zaproponowania. Ta sztuka The Gentle Art Of Cooking People się udała – stworzyli własną jakość, dzięki której będą rozpoznawalni, niezależnie, czy pójdziemy na koncert, czy usłyszymy gdzieś w sieci ich muzykę. Zatem – ruszamy w podróż… TGAOCP band

Wszystko startuje od najbardziej przebojowej, opatrzonej natrętnie wbijającym się w łeb tematem gitarowym kompozycji „King Tukan II”. To dobre posunięcie, bo niezdecydowanych przekona, a kiedy już złapiemy „lot”, nie będzie odwrotu. Kawałek oparty jest na motorycznej sekcji, która gdzieś w połowie wyhamowuje, wpuszczając nieco kwaśnego powietrza, przygotowując nas na to co nastąpi. Czyli najlepszy fragment w postaci „Fly Like a Bird, Die Like a Fly”. Rozpoczyna się on dość spokojnie, postrockowo, by przeobrazić się w mocno progresywny, mastodon’owy niemal transik. Fajnie jedzie zapętlony riff, klimat ściska szyję. Jest robota… Niewiele gorzej dzieje się w „Dead Horse”, który z kolei melodyką i drajwem przywołuje na myśl Tool, ale bardzo szybko zaczyna się fajna, psychodeliczna wycieczka. Być może najmniejszą przyjemność sprawia mi „Flying Sharks Sleeping Tardigrades”, gdzie „post” ustępuje agresywnemu, metalowemu riffowi; na szczęście, kończy się wszystko psychodelią i lekkimi drone’ami, tak dla uspokojenia. Zespół sprytnie wszystko zaaranżował – cztery numery łączą się w zasadzie w jedną dużą opowieść i tak chyba należy płytę traktować. Być może chłopacy nie odkryli nowych lądów, ale mają wyrazisty pomysł i potrafią do niego przekonać słuchacza, pozostając nadal ciut tajemniczym tworem, a to przecież trudna sztuka w dzisiejszych, zagonionych i elektronicznie transparentnych czasach.

The Geltle Art Of Cooking People choć na razie stoją u progu kariery, startują z wysokiego pułapu. Co nie zmienia faktu, że jakiś jeden, dodatkowy instrument mógłby skierować muzykę na jeszcze wyższy poziom, choć to tylko takie moje dywagacje. Zobaczymy co będzie dalej…

Arek Lerch

Zdjęcie: archiwum zespołu

Pięć