THE FRAY – Helios (Sony)

The Fray to zespół grający pop rock. Ciężko to określenie przechodzi przez usta. Dlaczego? Ano dlatego, że na lokalnym podwórku taka etykietka jest synonimem bezguścia i muzyki, która nie powinna wyjść z kibla albo supermarketów. Kwartet z Denver jest zaś po raz czwarty na najlepszej drodze, by takie granie wprowadzić na salony, o ile jeszcze tego nie uczynił.

Amerykanie zadebiutowali w 2005 roku sympatycznym krążkiem „How To Save a Life” i swoją formułę doprowadzili do krawędzi na wyprodukowanym przez współpracownika Bruce’a Springsteena albumie „Scars&Stories”(2011). W samej rzeczy, popowe melodie, przebojowość ubrana w zgrabne, gładkie, ale i bardzo stylowe, gitarowe brzmienia, zdecydowały, że The Fray dotarł do kresu możliwości. W zasadzie lepszego albumu z kręgów tzw. alternatywnego środka nagrać nie można, pozostało zatem albo powielanie, albo mały skok w bok. I już od pierwszych dźwięków otwierającego „Helios” utworu „Hold My Hand” słychać, że zespół wybrał ten drugi wariant. Choć też niczego oryginalnego nie wymyślił.

„Helios” to spójny, konkretny przykład na połączenie starego z nowym. Stare to oczywiście zdolność do pisania ładnych, okrągłych melodii i sprawne poruszanie się na krawędzi popu i rocka. Nowością jest zastąpienie gitar niemal w 70% instrumentami klawiszowymi. The Fray poszli jeszcze dalej – także brzmienie całości, w tym bębnów cechuje duża doza studyjnej obróbki, przez co „Helios” brzmi bardzo syntetycznie, bez tego fizycznego, rockowego potu. Grupa długo musiała pracować nad nową formułą, bo wszystko jest tu zapięte na ostatni guzik. Nie ukrywam, że nowe, odmienione oblicze The Fray wymaga zaakceptowania, szczególnie po tak klasycznym longu jakim był ”Scars&Stories”. Tym razem przebojowość ma nowe, lateksowe wdzianko, pojawił się też pewien specyficzny element aranżacyjny – więcej w kompozycjach niedomówień, odchodzenia od typowych, piosenkowych form, choć na szczęście, zespół nie przegaduje utworów. Krótko i węzłowato – gdybym był złośliwy, stwierdziłbym, że główną inspiracją przy pisaniu muzyki na „Helios” były dwie płyty – Loud Like Love i Love, Lust, Faith and Dreams. Szczególnie ta druga pozycja była chyba przez muzyków z Denver często wałkowana. Co wcale nie musi być zarzutem, jeśli lubimy takie nieco bombastyczne, rockowe hymny. Jak już wspomniałem, The Fray, na szczęście, unika zbytniego pompowania aranżacji (ok., „Hurricane” jest mocno nadęty…), pozostając przy lekkich zmianach, obudowując proste kompozycje syntetycznymi brzmieniami, czasami kierując się w stronę muzyki tanecznej („Give It Away”). Osobiście najtrudniej było mi zaakceptować edycję perkusji, jednak finalnie dochodzę do wniosku, że świetnie komponuje się z całością materiału i obranym przez zespół kierunkiem. Miejscami żarliwość rockowców zastępuje nowofalowy chłód, który powoduje, że popowe struktury mogą wydawać się w jakimś stopniu tajemnicze. W każdym bądź razie muzyka sprawnie udaje bardziej złożoną niż faktycznie jest. Kielich dla zespołu, że tak nam to fajnie wykoncypował.The Fray Band

Trudno oczekiwać od The Fray jakiejś rewolucji, jednak muszę przyznać, że odważnie postąpili, przebudowując swoją muzykę. Jasne, że fanów nie przybędzie, ktoś może poczuć się zniesmaczony nowym instrumentarium, jednak ów plastik jest tu jak najbardziej uzasadniony. Stosując mało rockowe instrumentarium, nie są już tak lekkostrawni jak to miało miejsce wcześniej. Odwaga w cenie a ocenę pozostawiam każdemu słuchaczowi. „Helios” odkryciem roku nie jest, ale kilka przyjemnych chwil mogę Wam zagwarantować.

Arek Lerch