THE DRIP – The Haunting Fear of Inevitability (Relapse)

Rzeczownik drip może oznaczać wiele rzeczy – to między innymi potoczne określenie osoby nudnej, szarej i bezjajecznej. Byłbym jednak daleki od tłumaczenia nazwy tego waszyngtońskiego zespołu jako Nudziarz. Debiutancki album grindcore’owego kwintetu to arcyciekawy miks death metalu, grindcore i crust punku, w którym ciężkie, grobowe wręcz dźwięki mieszają się z szybkimi, szalonymi partiami.

Muszę przyznać, że o The Drip wcześniej nie słyszałem i nie miałem styczności z żadną z trzech poprzednich ep-ek. Zanim zabrałem się do lektury „The Haunting Fear of Inevitability” nie wiedziałem o nich zbyt wiele, ale spodziewałem się czegoś szybkiego, agresywnego i obawiałem się, że może mnie to nudzić. Otwierający płytę „Blackest Evocation” szybko rozwiał moje wszelkie wątpliwości – nie było nudno, ani specjalnie szybko, za to agresywnie już jak najbardziej. Mało tego, w wolniejszych partiach wysłyszałem naprawdę solidne riffy, a że podlewane były równie dobrymi wokalami to słuchało się tego naprawdę przyjemnie. No właśnie – to może, choć nie musi, być zarzut dla tej płyty. Jeżeli oczekujecie, że zostaniecie tymi dźwiękami zgwałceni, zmiażdżeni, a następnie zakopani żywcem, to… raczej się zawiedziecie. Ja przynajmniej spodziewałem się czegoś bardziej ekstremalnego, ale po oswojeniu z dźwiękami, bardzo je polubiłem i ta kontrolowana agresja wylewająca się z głośników zaskarbiła sobie moją sympatię. Bo tak naprawdę nie ma się tu do czego przyczepić. Bębny są gęste i odpowiednio napędzają resztę machiny, riffy różnorodne i momentami wpadające w ucho, a wokale naprawdę intrygujące – agresywne, ale poszukujące melodii.The Drip

Każdy może znaleźć tutaj coś dla siebie. Nie jestem namiętnym słuchaczem grindu i pokrewnych, ale złapałem się na wolniejsze momenty, a reszta poszła już z górki. Brakuje mi tu trochę brudu, ale to w sumie zarzut do 90% współczesnej ekstremy – poprzez zbyt klarowną produkcję i dbałość o szczegóły odziera się muzykę z agresji i czyni ją znacznie bardziej łagodną i przyjemną. „The Haunting Fear of Inevitability” to nie ostatnie słowo od waszyngtońskiej brygady. Bardzo jestem ciekaw, w jakim kierunku dalej będą się rozwijać – debiutanckim albumem mnie do siebie zachęcili i na pewno będę śledził ich poczynania i im gorąco kibicował. Co i wam polecam.

Paweł Drabarek

Cztery i pół