THE DEAD WEATHER – Dodge and Burn (Third Man Rec./Warner)

Jack White to postać, która w moim życiu nie odegrała szczególnej roli, choć nie przeczę, był moment, kiedy wzbudzała raczej autentyczną niechęć, szczególnie w momencie największej popularności The White Stripes. Do dzisiaj nie rozumiem fenomenu tej grupy, choć doceniam fakt, że zapoczątkowali szaleństwo na punkcie rockowych duetów. Dzisiaj wiem za to, że sukces tego zespołu opierał się na błyskotliwej i konsekwentnej autokreacji White’a i kompletnym, choć na swój sposób uroczym beztalenciu perkusistki Meg. Taki tandem musiał odnieść sukces.

Zdecydowanie lepiej prezentują się dokonania Jacka poza wspomnianą formacją. The Raconteurs czy właśnie The Dead Weather świadczą o tym najlepiej. Szczególnie ta druga formacja wzbudziła zachwyty, bo i muzycy nietuzinkowi (znani chociażby z The Kills czy Queens of the Stone Age) i dźwięki inteligentne. „Sea of Cowards” z 2010 roku spotkała się z entuzjastycznym przyjęciem, no i oczekiwania były bardzo wysokie. Minęło lat pięć, White zdążył nawet nagrać kolejny, zresztą bardzo udany, album solowy Lazaretto (2014) i wreszcie jest. „Dodge and Burn”. Zaczynają się schody.The Dead Weather Band

Być może fakt, że White (pewnie wyeksploatowany na solowym polu…) nie udzielał się tu kompozytorsko zbyt intensywnie, wpłynął na to, że płyta jest nierówna. Nie chcę specjalnie bawić się w wymienianie poszczególnych numerów, analizę tego co tu się znalazło, mam jednak wrażenie, że część z nich powstała nie na bazie konkretnych, wpadających w łeb kompozycji, ale podczas improwizowanych imprez w sali prób, gdzie muzycy zwyczajnie dobrze się bawili. Bo wstawki brzmiące niczym „psychodeliczny hip hop” z wysokim, żywcem wyjętym z 2000 roku werblem takim właśnie hasaniem są. Na tej płycie obserwujemy muzyków The Dead Weather bawiących się, żonglujących dźwiękami, bo przypadkowość pojawiania się dobrych i tych gorszych rzeczy jest symboliczna. Dla niepoznaki płytę otwiera najlepszy i – co już jest paradoksem – kłaniający się nisko Led Zeppelin kawałek „I Feel Love”. Potem jest coraz dziwniej. Bo dużo tu hałasu w stylu Queens of the Stone Age, jest nieco funkowych pochodów i cała masa uwielbienia dla hard rockowych lat 70. Surowe, analogowe brzmienie płyty wkręca się w głowę, prostota kawałków świadczy o logicznym działaniu, opierającym się o podstawowe zasady rocka. Mam wrażenie, że The Dead Weather chcieli stworzyć nowy „Nevermind”, licząc, że po raz kolejny wyważą drzwi, tyle, że zapomnieli, iż rockowa rewolucja to dzisiaj anachronizm i coś o czym dzieciaki ubrane w ciuchy Diverse czytają w Internecie.

A najlepsze jest w tym wszystkim to, że w zasadzie White z kompanami wcale nie zrobili złej płyty, pokazując swoje prawdziwe oblicze. Bo przecież można zrobić fajną muzykę, wcale nie przebijając swoich poprzednich dzieł, prawda? No i pozostaje mój prywatny casus „Era Vulgaris”, płyty podobnie wulgarnie surowej, która w dniu premiery doprowadziła mnie do rozpaczy, a dzisiaj stawiana jest na szczycie dokonań Queens of the Stone Age… Dużo pytań, mało odpowiedzi… The Dead Weather przyszli, zamieszali i teraz patrzą, czego też krytycy nie wymyślą. I pewnie dobrze się przy tym bawią.

Arek Lerch