THE DEAD GOATS – Path of the Goat (Instant Classic)

Do każdego miejsca na ziemi dotarł już necro – trend pt. „Gramy jak Nihilist albo jak Dismember w roku 1990”.  Wszyscy wyrzucają swoje sygnowane instrumenty, na śmietnikach lądują nowoczesne zestawy perkusyjne. Komputer?! Niech rogaty broni!! Trwa poszukiwanie starych, rozpadających się wzmacniaczy, metalowcy chcą być głupsi niż wszyscy, szwedzcy muzycy w 89 roku razem wzięci. Niestety, szczęśliwy finał tych ponurych zabaw zazwyczaj bywa męczący a jeszcze częściej żenujący. Na szczęście, tu i ówdzie mamy zespoły, które jakimś cudem łyknęły diabła, jak chociażby Morbus Chron. W Polsce jest za to The Dead Goats. Strzeżcie się kozła!

Być może największym atutem The Dead Goats jest to, że muzycy nie wywodzą się bezpośrednio ze sceny death metalowej. Głównym motorem jest tu Psychoradek alias Radek Royale, znany głównie z napieprzania w membrany Neuropathii – punkowo – grindowego potwora z Białegostoku. Jakie straszliwe egzemy spowodowały, że łapy zaświerzbiały tegoż muzyka, by porzucić blasty na rzecz prymitywnych, wczesno – death’owych łupanek nie wiem, przekonany jestem za to, że było to gruntownie przemyślane posunięcie. Inaczej nie powstałaby tak fajna płyta jak „Path of the Goat”.

Przenosimy się zatem do zamierzchłych początków death metalowej zarazy w Szwecji. Głucho i zimno, trzeba dociążyć żołądek alkoholem. A po takich aplikacjach muzyka wychodzi surowa i szorstka niczym Darkthrone. Ok., porównanie nietrafne, ale słówko „szorstki” tak często używane w stosunku do ekipy Fenriza pasuje idealnie do Kozłów. Nie wiem, jakie czary odprawiali nad swoim debiutem, ale brzmienie „Path…” jest, kolokwialnie rzecz ujmując, zarąbiste. Mocne, ostre, zgruzowane, soczyste i potężne. Niejeden d – beat’owy ansambl zrobiłby pod siebie z wrażenia. Myślę, że niedługo sporo muzykantów będzie tachać „Path…” do studia, jako wzorzec dla panów wąsatych realizatorów. Nie byłoby jednak dnia bez odpowiednich kompozycji. I znowu kłania się bezpretensjonalne podejście do materii muzycznej. Zamiast spinać dupy, co też powiedzą długowłosi czciciele diaboła, muzycy The Dead Goats zagrali kilka kołyszących hitów, które biją na łeb połowę metalowych wymiocin z tego grajdoła. Dlaczego? Może  chodziło właśnie o uchwycenie tego luzu, swobodnej wariacji na temat ulubionej muzyki? A może zamiast pozerki, tak często występującej w tym środowisku, Psychoradek z kolegami zwyczajnie zagrali to, co siedzi im w duszach?

Mocne, okraszone tą jedyną w swoim rodzaju melodyką riffy, oparte są na zasuwającej na oślep przed siebie, punkowej perkusji. Zamiast blastów Radek tłucze swoje, zakurwiające do przodu „umpa – umpa”,  ale powodzenia życzę każdemu, kto stwierdzi, że tak prosto też potrafi. Tu trzeba mieć „rękę” i  – a właśnie!! – doświadczenie. A kiedy już zwalnia, to nóżka sama skacze. Basista i gitarzysta nie są gorsi i zamiast kombinować, nabijają proste akordy, głównie skupiając się na specyficznym, żrącym oczodoły klimacie tej muzyki.

Połączenie death’owego pędu Dismember, grobowego, „roll’owego” brzmienia pierwszych płyt Entombed na „Path…” staje się oczywistością. Nie chcę tu wysnuwać wniosków w stylu „płyta mogłaby być nagrana w 89”, bo nie jest to możliwe, ale trudno mi też uwierzyć, że powstała tu i teraz, za miedzą niemalże. Archetypiczny w swojej istocie metal ze Szwecji, zaprawiony punkowymi pociskami i tradycyjnym zestawem nawiązujących do stylistyki klisz (okładka, teksty itp…) nie byłby jednak kompletny bez  wspomnienia o humorze zespołu. I tu – niestety – muszę zaprosić wszystkich na koncert The Dead Goats, bo dopiero po zobaczeniu zespołu na żywo można stworzyć sobie pełny obraz tej hordy. Absurdalny humor (ok., okładka już dużo o nim mówi), luz, zabawa i ta lekko kpiąca postawa będzie nie do strawienia dla „prawdziwych”  metalowców. Bo siermięgi tu nie ma a i tej, klasycznej, kiełbasianej rubaszności – na szczęście! – brak. Na razie zespół pokazuje się głównie na koncertach związanych z szeroko pojętym środowiskiem h/c, odnoszę zresztą  wrażenie, że tam właśnie najlepiej ich rozumieją. Cóż, pozostaje jedynie zakrzyknąć „Dismember is dead, long live The Dead Goats!”, przywdziać katanę z naszywkami i ruszyć do klubu na koncert.

PS. Przepraszam za wulgaryzmy i inne, dziwne słówka, świadczące o tym, że jestem pewnie idiotą. Nie mogłem inaczej, tym razem…

PS#2 Ktoś zapyta się zapewne, jak to jest, że mimo włażenia zespołowi w dupę, odjąłem jeden punkt. Ano, dlatego, że jako zwolennik krótszych utworów, tu i ówdzie ciut „obciąłbym” kawałki; to jednak tylko malutki przytyk.

Arek Lerch