THE DEAD GOATS –  Ferox (demo)

Martwe Kozły nie zasypują gruszek w popiele i po świetnie przyjętej ep-ce Children of the Fungus, zamiast udać się na urlop atakują nasze uszy kolejnym materiałem. Tym razem, przyznam, dość zaskakująco, mamy możliwość zapoznania się z… demo. Dlaczego demo? Otóż zespół nadrabia w ten sposób zaległości z początkowego okresu aktywności gdyż jak powszechnie wiadomo Kozły od razu uderzyły LP a jako, że każdy szanujący się zespół powinien mieć w dorobku materiał demo, dziś mamy przyjemność zapoznać się z takim właśnie wydawnictwem, któremu na imę „Ferox”…

„Ferox” to ledwie trzy numery nagrane w dwa mroźne dni lutego 2014. Ale za to jakie! The Dead Goats mają pewien szczególny dar bowiem każde ich wydawnictwo robi coś czego zdawałoby się zrobić się już zwyczajnie nie da. Niby za każdym razem jest to hałas bardzo mocno inspirowany tym co działo się na umiarkowanie dalekiej północy naszego kontynentu lecz każdy krążek The Dead Goats ukazuje szwedzkiego trupa z innej perspektywy. Trzy numery jakie znalazły się na „Ferox” od pierwszych dźwięków urzekają bardzo soczystym i mam takie wrażenie – mniej gruzowatym brzmieniem niż te z „Children of the Fungus”. Oczywiście, nadal jest to sound surowy, organiczy lecz tym razem choćby gitary brzmią zdecydowanie bardziej klarownie niż na ep-ce. Różnica w podejściu do samej wizji brzemienia wynika pewnie z tego, że trzy premierowe numery jakie prezentują Kozły to również granie odrobinę inne niż dotychczas. Jak na moje ucho „Ferox” to chwila, w której ktoś uchylił ciężkie, betonowe drzwi to wypełnionej zatęchłym smrodem krypty, chwila, w której klasyczne, death’owe brzmienie zyksuje ożywczy haust powietrza. W przypadku „Ferox” tym życiodajnym tlenem okazuje się być swoisty rock’n’roll’owy feeling do tej pory wyczuwalny a teraz całkiem mocno podkreślony i bardzo dobrze dobrany pod kątem budowy numerów, sound, dzięki któremu materiał zabrzmiał cholernie witalnie i mocno. „Ferox” to hity piekielnie nakręcone energią, które wydają się być wręcz stworzone do dobrej zabawy pod sceną. Zróbmy więc mały przegląd tego co na nowym wydawnictwie proponują nam Kozły. „Final Death” to zestaw cholernie masywnych riffów, średnich temp i melodii, która sprawia, że numer od samego początku zwyczajnie porywa. Bez cienia wątpliwości. Wiem, że się powtarzam, ale moim zdaniem to właśnie brzmienie ukręcone na potrzeby tego materiału pozwala w pełni poczuć jego siłę. Klarownie surowe gitary, cały czas wyraźnie brzęczący bass i mocno bijące bębny podlane sporą dozą melodii i mamy gotowy przebój by The Dead Goats. „Bonesover”, chyba najagresywniejszy numer w zestawie, taka petarda, która od pierwszego, wulgarnego riffu pruje do przodu d-beatowym tempem by pod koniec trochę spuścić z tonu na rzecz bardziej dołującej ciężarem końcówki. „Into the Heaven” dla odmiany od pierwszych taktów buja pięknym, ciężkiem i pełnym feelingu riffem by a dalszej części przejść bardzo naturlanie w granie szybsze, gdzieś w tle (bębny) ocierające się na punk/grindowe tematy. Jednak motyw przewodni tego świetnego utworu opiera się o wspomniany na początku, bujający riff.The Dead Goats band

The Dead Goats po raz kolejny stają na wysokości zadania, trzeci materiał i po raz trzeci odświeżona formuła własnego grania co na mnie zwyczajnie robi wrażenie. „Ferox” ma tylko jedną wadę, są to bowiem jedynie trzy numery, niespełna 14 minut muzyki, po których konsumpcji nadal jestem cholernie głodny. Forma Martwych Kozłów rośnie aż strach pomyśleć co przygotują na kolejnym wydawnictwie…

Wiesław Czajkowski

Pięć