THE DEAD GOATS – Don’t go in the Tomb (Arachnophobia Records)

The Dead Goats to doskonały przykład zespołu, potwierdzającego idealnie podsumowującą odbiór kultury tezę, że najbardziej lubimy to co już znamy. Być może wstyd się do tego przyznać, ale żaden wymyślny frykas nie przypadnie nam do gustu tak jak milion razy spożywany mielony z buraczkami. Dlatego też pogodzić się wreszcie trzeba z tym, że możemy kreować się na wysublimowanych znawców muzycznego rzemiosła, światłych poszukiwaczy nowych brzmień, ale i tak kolejny riff ograny w dobrze znanej konwencji od razu przypadnie nam do serca. Dlatego bez grama złośliwości, którą pewnie już wyczuli poszukiwacze tak dziś popularnego hejtu, powiem krótko: The Dead Goats lubię od pierwszego kontaktu z ich muzyką właśnie za ten bezpretensjonalnie nośny i wtórny sznyt, którym spajają swoje dźwięki w formę atrakcyjną od początku do końca. W ostatnim czasie trio przeżywa okres płodności i co kilka miesięcy wypuszcza w świat kolejną, krótką formę. Najnowsze dziecko ukazało się chwilę temu a imię jego brzmi „Don’t go in the Tomb”.

Elegancko opakowany w czerń CD jaki sprokurowała w kolaboracji z zespołem Arachnophobia Records cieszy oko nawet tak nieprzywiązanego do twardych nośników muzyki osobnika jak niżej podpisany. No cóż, sprawa jest prosta – w ostatnim czasie płyty nie dość, że zawierają podobną gównianą muzykę to jeszcze i wyglądają podobnie, dlatego też gdy dostaję do rąk krążek opakowany w bardzo zgrabny digipack z ciekawie zaprojektowaną wkładką to nawet ja się z tego cieszę.

Nowe dzieło Kozłów to ledwie 11 minut muzyki. Na pierwszy rzut ucha bez wielkich zmian. Zespół nadal z uporem maniaka stara się wyważyć drzwi do krypty z napisem szwedzki death metal sprzed trzech dekad po drodze szukając wsparcia u nie mniej martwych kompanów. A to zza rogu wychyli się na dłuższą chwilę stary, zakuty w miliard agrafek punk, a to uderzy z siłą co najmniej huraganu zmurszały grindcore przywołany z epoki gdy gatunek ten jeszcze nie miał własnej nazwy a żył już w podziemiu. Wszystko to zmiksowane w koktajl zabójczy i pełen degradujących umysł procentów. Jestem w pełni świadom tego, że nie ma tu ani grama sztuki odkrywczej, ale dawno już nie bawiłem się tak dobrze słuchając nowej muzyki polskiego zespołu.The Dead Goats Band

W krótkiej formie The Dead Goats aplikują nam powalający ładunek energii oraz po raz kolejny nieco innego brzmienia, które wraz z każdym następnym wydawnictwem zmierza ku ideałowi mitycznego bytu, który ktoś nazwał kiedyś „klasycznym szwedzkim brzmieniem”. Dzika i plugawa forma kieruje ten materiał bardziej ku rejonom pra-grindcore co mi osobiście odpowiada, ale też wspomnieć trzeba, że każdy kolejny materiał jaki prokurują Kozły, zawiera coraz więcej luzu i energii. Pewnie wielu z was zada w tym miejscu pytanie po co właściwie słuchać muzyki zespołu, który obraca się w kręgu żywych trupów sprzed wielu lat? Moim zdaniem, odpowiedź jest jedna. The Dead Goats ma w dźwiękach tyle pasji i jadu, że jeszcze długo (mam nadzieję) będą w stanie tworzyć te obleśne petardy w szwedzkim stylu i cieszyć nas kolejnymi płytami. Zaskoczenia nie będzie. Nowa ep-ka The Dead Goats to materiał, który wypada mieć na półce i cieszyć nim oczy i uszy.

Wiesław Czajkowski

Pięć