THE DEAD GOATS – All of Them Witches (Testimony Records)

Kozioł jaki jest, każdy widzi. Kto jest względnie zainteresowany tematem ten wie, jakiej stylistyki i jakiego poziomu można oczekiwać po, bagatela, drugim pełnoczasowym albumie Szwedów z Białegostoku. Jeśli „All Of Them Witches” ma podsumowywać ostatnie cztery lata świetnych koncertów i bardzo dobrych krótkometrażowych wydawnictw, to zespół The Dead Goats płynie złotym jachtem na fali wznoszącej. Ich nowa płyta to długo oczekiwany powiew świeżości na mocno zatęchłej i przynudzającej scenie „szwedzkiego retro”. Ale nie tylko to.

Kozioł jaki jest, każdy słyszy. Może rzeczywiście na „All of Them Witches” brzmią jak dotąd najlepiej. Może są bliżej niż kiedykolwiek „sunlightowego” kamienia filozoficznego, a poszczególne partie gitar to niemal cytaty z „Left Hand Path”. Może proporcje punkowego „umpa-umpa” zmniejszyły się w stosunku do porywających melodii rodem z ostatnich płyt nieodżałowanego Dismember. Może nieco częściej niż dotąd wybrzmi nastrojowy klawisz a’la Claudio Simonetti czy głos Vincenta Price’a zapowiadający, że stanie się coś bardzo złego… Ciągle jednak ta zupa wydaje się być gotowana według babcinego przepisu głoszącego, że piosenki mają być przede wszystkim zdatne do odegrania na koncercie. I żaden z nowych przebojów nie odstaje od tego, co dotąd decydowało o fajności koncertów The Dead Goats. Stopa w kubocie sama tupie, nieskalana fizyczną pracą piąstka fruwa w powietrzu, łobuzerka na piątkowy wieczór jak się patrzy.The_Dead_Goats

To jednak nie wszystko. Słuchając płyt The Dead Goats czy oglądając ich koncerty dokonuję radosnej samoidentyfikacji z całościową propozycją artystyczną tego znakomitego trio. Tego poczucia nie dostarczają mi inne, z pewnością ważniejsze, choć niekoniecznie lepsze kapele. Zdaję sobie sprawę, jak głupio brzmiałoby słowo „wizerunek” w kontekście autorów „All of Them Witches”, dlatego z litości nad czytelnikiem i samym sobą nie zabrnę w pisanie o „utożsamianiu się z marką”. Spróbuję jednak wyłożyć o co mi chodzi. Otóż z wiekiem z grubsza przywykłem, że poziom mojego utożsamiania się z muzyką kończy się przeważnie na niej samej – wszystko to, co dookoła niej, łącznie z podejściem do świata samych twórców, to dla mnie osobny świat, z którym więzi nie czuję. Oczywiście nie w tym rzecz, aby dawno przekroczywszy 30-stkę wierzyć, że bycie metalowcem i rozkminianie tekstów Deathspell Omega przy kandelabrze to najlepsze, co życie oferuje, ale nawet dziadziejąc fajnie jest poczuć czasem, że „tak, ten zespół odbiera rzeczywistość tak samo jak ja, to jest to!”. I wtem zjawia się The Dead Goats i robią wszystko jak trzeba. Mają świetną muzykę, co już ustaliliśmy. Teksty dotyczą spraw fundamentalnych w życiu każdego niedojrzałego człowieka i są tak samo na serio, jak poważny był nastoletni Nicke Andersson śpiewając o krwawieniu jak grzesznik. Gustowna oprawa graficzna idealnie koresponduje z wątkami zaczerpniętymi z najbardziej zdegenerowanych i najciekawszych rejonów popkultury. Wszystko to odbywa się na luzie, ale bez czerstwego śmieszkowania i żenujących akcji promocyjnych pachnących czyimś kulawym biznesplanem. Do tego, chyba jako pierwsza polska kapela sierściuchowa w sensie muzycznym, The Dead Goats faktycznie przeciągnęli most między sceną punkową a metalową, doskonale odnajdując się w broczących kultem piwnicach, jak i na skłotach. Nie da się ich nie lubić, choćby się mocno starać.

Normalna młodzież gra nienormalne piosenki, rzec by się chciało. Muzyka The Dead Goats nie potrzebuje egzoszkieletu z marketingu, a tzw. wizerunek to bezpretensjonalny zlepek prostych, zwykłych działań, które mógłby wymyślić każdy mniej rozgarnięty zespół, ale jakoś nie każdy na nie wpada. Oglądaj horrory, słuchaj dobrej muzyki i graj ją. To takie proste.

Bartosz Cieślak

Sześć