THE DARKNESS – Last of Our Kind (Kobalt Records/Mystic)

Brytyjczycy z The Darkness to przykład, że wyspiarski pomysł na rock’n’rolla zmieszanego z narkotykami i realizowanego w iście „gunsowym” rozmachu może mieć szczęśliwe zakończenie. Wchłonęli tonę prochów? Tak. Zaliczyli wszystkie towary? Tak. Przeżyli załamanie i odwyki? Tak. Powrócili z tarczą? W sumie, tak… Rzecz jasna, trudno dzisiaj padać przed nową, czwartą płytą kwartetu na kolana, ale obciachu nie ma.

Pamiętam krótkotrwały szał na punkcie The Darkness, tuż po wydaniu „Permission to Land”. Płytę znałem na pamięć, bo faktycznie wpadała w łeb, koncert w Berlinie też zrobił wrażenie. Rok 2003, rozkręcająca się sprężyna neo rock’n’rolla i w to wszystko wpada z hukiem glamowaty, kolorowy i zarozumiały band z rewelacyjnym frontmanem na czele. Justin robił wrażenie, ale dzisiaj wiadomo, że za szybko się spalił. Co się dziwić – poczwórna platyna za debiut, tytuł najlepszego zespołu, ponad milion sprzedanych płyt. Wielki, rock’n’rollowy sen. Już wydany w 2005 roku album „One Way Ticket to Hell… and Back” pokazał spore zmęczenie materiału. Hitów w zasadzie nie było i płyta nie zrobiła nawet w połowie takiego wrażenia jak debiut. Rok później wypalony przez narkotyki i wódę Justin Hawkins odchodzi z zespołu. Dość oczywisty scenariusz, zwieńczony niespodziewanym powrotem w klasycznym składzie w 2011. Bez wielkiego szumu grupa nagrywa dwie płyty, ostatnio dochodzi do małego przetasowania – za bębnami siada Rufus Taylor – zbieżność nazwisk ze słynnym perkusistą Queen jak najbardziej prawidłowa. Kolorowy sen trwa.The Darkness Band

Pozostaje kwestia muzyki. Jest poprawnie a miejscami całkiem miło, jak chociażby w wałku tytułowym, który może gdzieś tam nawet kojarzyć się z indie rockiem. Czasami chaotycznie a głównie prosto jak cep z rock’n’rollowym vibem i całym wachlarzem Justinowych śpiewów, od rasowego krzyku aż do firmowych falsetów. Trudno jakoś specjalnie rozbierać ten zestaw dziesięciu nowych kawałków, bo w zasadzie nie ma tu specjalnych zakrętów, tylko prościutkie riffy na podbudowie jeszcze prostszej sekcji rytmicznej. Czyli esencja rocka, choć bez rozmachu, jaki towarzyszył debiutowi. Płyta rozpatrywana musi być w kontekście całej historii zespołu, bo wtedy odbieramy ją jako wyraźny sygnał zwyżkującej formy i wyprostowania pokręconych życiorysów. The Darkness AD 2015 chce po prostu grać, niczego nie szuka i nie zamierza z nikim konkurować. Słuchając płyty, odniosłem wrażenie, że muzycy są świadomi czasów, w których żyją i tego, że dzisiaj nie mają szans by porwać tłumy i sprzedać milion płyt. Rock zmatowiał, tabuny brodatych młodzieńców mają nowych idoli. Z drugiej strony, trudno odmawiać im rasowego zadziora i umiejętności pisania fajnych, rockowych pieśni. A o tym, by po raz kolejny zawojować rynek bożonarodzeniowym singlem nikt chyba nie myśli. Tak czy inaczej – powodzenia.

Arek Lerch

Trzy