THE DAGGER – The Dagger (Century Media)

Legendy ekstremalnego grania wraz ze zmieniającymi się cyferkami w wieku, lubią stawać się sentymentalne, nostalgiczne i przypominać sobie oraz fanom, od czego zaczynały. Zespół The Dagger to właśnie przykład takiego podejścia. Przykład całkiem udany, dodajmy.

Nazwy Dismember, Grave i Carnage u wielu, jeśli nie większości, fanów szwedzkiego death metalu, szczególnie tych, którzy nie doświadczyli na drodze edukacyjnej gimnazjum i przekroczyli trzy dekady żywota, wywołają przyspieszone bicie serca. Przypomną się (piękne) czasy słuchania „Like An Ever Flowing Stream”, „Dark Recollections” albo „Into The Grave” z kaset MG. Panowie Fred Estby, David Blomqvist i Tobias Cristiansson, z wymienionych na początku akapitu deathmetalowych legend, parę lat temu zaczęli wracać pamięcią do czasów, w których zaczęli słuchać mocnej muzyki. A słuchali wtedy głównie klasycznego hard rocka, heavy metalu, kapel z nurtu NWOBHM. Na sentymentalnych posiadówkach przy mocnych trunkach się nie skończyło. Powstał The Dagger, który uzupełnił najmniej renomowany ze składu kwartetu wokalista Jani Kataja, ale papiery na śpiewanie mający solidne. Po udanym singlu dostajemy pełnowymiarową płytę, która może nie porazi nas niczym sztylet w rękach zawodowego skrytobójcy, ale jest ciekawie poprowadzoną lekcją historii początków metalowej muzyki.The Dagger Band

Album ma znakomity feeling i świetne, głębokie, ciepłe, organiczne brzmienie (perkusja!). To zasługa Freda, który wraz z Nicke Anderssonem (tak, tym) zarabia na chlebek dzięki studiu Gutterview Recorders. Nie tak znowuż dawno swój materiał zarejestrował w nim robiący spore spustoszenie wśród miłośników oldschoolowego death metalu Morbus Chron. The Dagger czerpali z wielu inspiracji. Melodie i riffy wskazują na to, że Szwedzi zasłuchiwali się w swych początkach w Black Sabbath, Iron Maiden, Deep Purple, Dio, Judas Priest, Rainbow, Thin Lizzy, a potem Tank, Samson, Diamond Head, i jeszcze paru innych. Wymieniać można by sporo i grzebać w poszukiwaniu pod dobrze znaną powierzchnią (The Dagger przerobili na singlu numer raczej nieznanej wielu hardrockowej kapeli z nurtu NWOBHM Quartz, w której karierę rozpoczynał wysoko ceniony dziś klawiszowiec Geoff Nicholls). Faktem jest, że inspiracje zmieszali zmyślnie. Co prawda chwilami są one zbyt mocne (np. „Inside The Monolithic Dome” wyraźnie zalatuje w zwrotce „Pictures Of Home” Purpli), lecz urok mają niezaprzeczalny. Panowie pięknie przywołali czasy, w których śliczne melodie grane unisono na gitarach, soczyste riffy, czyste, mocne, wyraziste wokale i świetnie pulsująca sekcja rytmiczna oraz frunące w przestrzeni Hammondy, były czymś normalnym. Kiedy muzyka brzmiała prawdziwie, nie zaś jak jakiś produkt zaawansowanego komputerowego software’u. Co ważne, jeśli nie najważniejsze, w muzyce The Dagger jest szczerość. Nie czuje się, że mamy do czynienia z kimś, kto postanowił podczepić się pod trend na brzmienia retro.

The Dagger grają znakomicie oldschoolowego hard rocka i klasyczne heavy. Nieco gorzej idzie im utrzymanie równego poziomu przez całą płytę, ale trzeba im oddać, że parę kompozycji napisali naprawdę dobrych. Wybijają się zwłaszcza „Ballad Of An Old Man”, „1978” oraz „Dogs Of Warning” i „Dark Cloud”. Mam nadzieję, że Sztylet nie okaże się efemerydą i doczekamy się kolejnych wydawnictw oraz koncertów kapeli. Taka muza na żywo brzmi zwykle fantastycznie. Należę, na szczęście, do tych, którzy mieli okazję doświadczyć jej już wiele lat temu. Gdy o gimbazie i hipsterach nikt nie słyszał.

Lesław Dutkowski

Cztery i pół