THE CULT – Choice of Weapon (Cooking Vinyl)

„Choice of Weapon” to płyta, która w ogóle miała nie powstać, zapewne jak parę poprzednich wydawnictw The Cult, zespołu nieustannie roznoszonego kopytami pstrego konia, na którym jeździ łaska publiki. Przedrozpadowa „Born Into This” była albumem tak dobrym jak jego okładka, więc nowej wyczekiwałem z entuzjazmem bardzo mocno umiarkowanym, ale dobrze się czasem pozytywnie rozczarować. W konfrontacji z „Choice of Weapon” jesteśmy jak stara żona wybaczająca mężowi łapanie syfa na służbowych delegacjach – bywało różnie, ale po tylu latach zawsze warto dać kolejną szansę.

Gdyby historię i specyfikę muzyki rockowej opisywać na przykładach konkretnych kapel, The Cult nie mogłoby zabraknąć w pierwszej dziesiątce. Byli wszędzie, widzieli wszystko i prawie wszystko grali – od gotyckiego postpunka, przez rdzennie rockowe lata 80., zamotane poszukiwania ery grunge’u, po małą stabilizację, jaką przyniosło nowe stulecie. Świat się zmieniał, kolejni producenci podszeptywali swoje wizje, a The Cult, przy całym swoim muzycznym puszczalstwie, zawsze wygrywał nieogarnionym talentem tandemu Astbury/Duffy, jedynego takiego duo od czasu spółki Morrissey/Marr. Ten trudny związek mniej lub bardziej pomyślnie adaptował zespół do zmieniającej się rzeczywistości, i jakimś cudem (oraz wkładem producenckim) czyni to po dziś dzień. „Choice of Weapon” dokumentuje raczej zażeganie kryzysu wieku średniego niż jakieś szczególne poszukiwania artystyczne, ale energia i lekkość tych kawałków są nie do pobicia. Jeżeli „Born Into This” był jedną wielką ramolowatą mielizną, nowa płyta zbiera utwory co najmniej bardzo dobre, ze wskazaniem na kilka petard. Za otwierający płytę „Honey From A Knife” Josh Homme dobrowolnie poszedłby na cały tydzień do kliniki Betty Ford, „For The Animals” przypomina o rewelacyjnej „Beyond The Good and Evil”, „The Wolf” to wyraźny ukłon w stronę surowości „Physical Graffiti” Led Zeppelin, a „A Pale Horse” wypadł przez dziurę czasoprzestrzenną w trakcie nagrywania „Lucifuge” Danzig. W całokształcie radosno-zgryźliwego oblicza „Choice of Weapon” średnio odnajdują się rzewne „miłosno”/„świątynne” ballady czy pozostawiający niedosyt „The Night in The City Forever”, stąd radzę od razu zaopatrzyć się w wersję „deluxe” albumu, bo cztery kawałki umieszczone – wielki Manitou wie czemu – na osobnej płycie są nie gorsze od regularnego materiału. Kończąc ten natrętny panegiryk wypada unieść kciuki w górę w kierunku odpowiedzialnych za brzmienie płyty. Mając znów w pamięci kaszaniastą zamułę, jaką na poprzednim albumie odwalił Youth, produkcja Chrisa Gossa i Boba Rocka cofa zespół to najchwalebniejszych kart „The Cult” I „Beyond Good and Evil”, pieszcząc ucho brzmieniem mocnym, przestrzennym, zgodnym z obecnym standardem, ale bez przesadnie podbitych instrumentów.

„Choice of Weapon” miała nie powstać, ale bardzo dobrze, że jednak przyszła na świat. Nie wiem, czy „narkotyki uzdrowiły” Astbury’ego, ale żywię nadzieję, że artysta na dobre podtarł się swoim modlitewnym ręcznikiem, jak i cyrkiem parodystów o nazwie „The Doors of The 21st Century”. Wbrew obiegowym opiniom, zespoły takie jak The Cult jak najbardziej muszą coś udowadniać, przede wszystkim sobie. W parku jurajskim rocka nawet kapele grające w swojej lidze każdym kolejnym albumem w 20-30-letniej karierze walczą o rację bytu inną niż zarabianie pieniędzy na ogrywaniu hitów po letnich festiwalach. Astbury i Duffy nie pozują dziś ani na wielkich dekadentów, ani duchowych podróżników pośród newage’owego bełkotu, ale przypomnieli sobie, jak się gra zdrowego rocka z rodowodem – i to w wieku, kiedy przeważnie „wino, kobiety i śpiew” zmieniają się w „Viagrę, smęty i ziew”.

Bartosz Cieślak