THE CROWN – Doomsday King (Century Media)

Niepotrzebna płyta ważnego dla metalu zespołu, czyli jak w czterdzieści minut rozprawić się z własną, chlubną przeszłością. Odrodzony The Crown to doskonały argument dla wszystkich przeciwników tzw. „reunionów”…

Największy problem z „Doomsday King” jest taki, że – zupełnie szczerze – nie wiem, jakich argumentów użyć na potwierdzenie powyższej tezy… Mógłbym temat skwitować szczeniackim „bo tak”, ale chyba nie o to w recenzji chodzi. Powrót The Crown był niespodziewany i jakoś mało wyrazisty. Zespół nie udzielił żadnego wywiadu przed premierą płyty, zatrudnił nowego wokalistę Jonasa Stalhammara i w końcu wypuścił krążek, który jest maksymalnie wymęczony i zupełnie nie porywający. Mamy więc miks slayer’owych riffów (nomen omen „Angel Of Death 1839”), są dołujące fragmenty („The Temper And The Bible Black”), jest cała masa tharsh/death’owego łomotu z charakterystycznymi dla The Crown, post – motorhead’owymi zagrywkami („Desolation Domain”, „From The Ashes I Shall Return”, „Through Eyes Of Oblivion” czy „Blood O.D.”). Wszystko zrobione w/g znanej receptury, tylko tym razem dobrane składniki są zwyczajnie przeterminowane. Nic na tej płycie nie wpada w ucho. Jest dobrze, poprawnie, klasycznie, „jak dawniej” ale… czegoś brakuje, czegoś, co odeszło bezpowrotnie. Może zła jest motywacja, może brak  determinacji? A może brak weny? Ta ostatnia uwaga dotyczy strony kompozycyjnej – nie udało się wymyślić fajnych riffów i interesujących refrenów. Zespół zachował techniczną biegłość, wszystkie patenty znane z poprzednich płyt (unisona werbla z gitarą, solówki, melodie…) pojawiają się w słusznych ilościach, a jednak to już nie to. „Deathrace King” to nadal obowiązek podczas każdej rejzy samochodem, „Crowned In Terror” miażdży bezpardonowo, nawet nieco rock’n’rollowy „Possessed 13” jest mistrzowski. Niestety, „Doomsday King” to porażka, triumf zimnej premedytacji nad sercem, wysilone tytuły kawałków (żeby było straszno…) i brak jakiejkolwiek reakcji organizmu po strawieniu płyty. Przy obecnym nawale podobnej muzy, nowy The Crown zwyczajnie przepada bez wieści… Odkładam krążek na półkę z ciężkim sercem, bo The Crown swego czasu potrafił pozamiatać a koncert Szwedów, jaki widziałem kilka dobrych lat temu na Wacken, pozostanie na zawsze w mojej pamięci. Mam tylko prośbę do panów muzykantów – nie nagrywajcie przypadkiem „Doomsday King II” z Lindstrandem na wokalu…

Arek Lerch 2