THE CRIBS – For All My Sisters (Sony)

Czy przeciętny rock może być dobry? Albo inaczej: czy upunkowiony indie rock z Wysp to fajna muzyka? Te pytania nasuwają się po lekturze nowej płyty The Cribs. Płyty fajnej, ale nie zaskakującej. Płyty z dobrą muzyką, która jakoś na dłużej nie zostaje w głowie, czyniąc z „For All My Sisters” raczej coś w rodzaju niezobowiązującego podkładu pod różne, prozaiczne czynności. Jeśli to Brytoli nie obraża, tak właśnie odbieram ich szósty krążek.

W zasadzie wszystko się zgadza – jest dobra promocja, jest legendarny Ric Ocasek za heblami w nowojorskich podziemiach. I przyjemna muzyczka. Ten ostatni element zaczyna być w tym obrazku punktem najbardziej spornym. Dla takich płyt jak „For All My Sisters” używa się dwuznacznego określenia „równy album”. Bo faktycznie piosenki trzymają porównywalny poziom, są utrzymane w podobnych, średnich tempach, często słychać tu manierę Rolling Stones. Bracia Gary i Ryman przyjemnie balansują ze swoimi wokalizami na granicy fałszu, jest sporo zawodzących chorusów. Gitary – owszem, hałaśliwe, sekcja solidna, ale nienachalna. No, po prostu… człowiek zaczyna po kilku kawałkach czekać, kiedy wreszcie ów schemat zostanie zburzony, kiedy coś zaskoczy.The Cribs band

Nie zaskoczy. Zespół postawił na proste, konkretne piosenki, bez poszukiwań, bez odjazdów czy modnych w indie-środowisku wtrąceń sprzed dwóch dekad, albo eksperymentów z elektroniką. W przypadku „For All My Sisters” nie należy tego oczekiwać. Nie powiem, słucha się tego znośnie, momentami nawet nóżka zaczyna tupać, ale traktuję The Cribs jako kolejny w długim szeregu band, który raczej nie ma zbytnich szans na to, by wzburzyć opinię, czy to za sprawą prowadzenia, czy tekstów bądź muzyki. Uznaję, że skoro przez tyle lat tworzą, ba, mieli w swoich szeregach samego Johnny’ego Marra (ex-The Smiths) i gdzieś tam nawet gwiazda w chodnik jest wmurowana, są jako muzycy spełnieni. A ja wcale nie muszę przejmować się tym, że do huligańskiej pozy Rolling Stones jest bardzo daleko a muzyka nie robi tak piorunującego wrażenia, jak chcieliby (bądź są o tym przekonani…) muzycy. Przyjemna muzyczka do jednorazowego posłuchania, bez zbytnich zobowiązań.

Arek Lerch

Trzy