THE CONTORTIONIST – Language (eOne/Good Fight Music)

Odhaczanie gatunków muzycznych położonych daleko poza orbitą słusznych zainteresowań. Takie jesienne porządki. Jakieś potknięcie się o lyric video. Zaoszczędzony czas, czyste sumienie i własne, „wyrobione” zdanie. W tak pojemnym dzisiaj gatunku jak progresywny metal, djent i coś-tam-core wyrobienie sobie zdania na przykładzie jakiegoś zasłyszenia jest typowym błędem poznawczym przez nie(do)poznanie. Nie twierdzę, że nowy album The Contortionist „brejka wszystkie rule”, ale z opuszczonym do połowy sztandarem nowoczesnego metalu szturcha nas nieśmiertelnym „nie spać! zwiedzać!”.

Niegdyś prekursorzy djentu, dzisiaj jawią się jako profesorowie, którzy po habilitacji z takiego grania zdali sobie sprawę, że dyplomu z tej uczelni nie honorują na Animals As Leaders University. Wydany dwa lata temu „Intrinsic” zdradzał oznaki młodzieńczej fascynacji muzyką fusion, lecz dopiero na wysokości „Language” zespół przyswoił sobie meandry tego gatunku, czyniąc z niego nie tylko pole do wykonawczych popisów, lecz emocjonalny język wypowiedzi, który pełnoprawnie opowiada muzykę; jakby muzyczny wychodek w postaci djent i jego progresywno-metalowych wariacji stanowił idealne miejsce do eksperymentowania z quasi-jazzową formą. Obecne na „Language” echa Tribal Tech, Scotta Hendersona czy Johna Scofielda z mroczniejszego „Loud Jazz” nadają rockowej muzyce bardziej abstrakcyjnego charakteru, studząc emocje bez uciekania się do metalowej miazgi. Sekcja rytmiczna, która zawstydziłaby cyniczny duet Reinert – Malone, z wielką swobodą prowadzi nas przez wszystkie, tylko pozornie nie tak bardzo szalone, rytmiczne pomysły Amerykanów. Bo i nie o otwarte szaleństwo tu chodzi. Nawet gdy zespół przypomina sobie do czego tak naprawdę służą siedmiostrunowe Ibanezy („Primordial Sound”), towarzyszy mu aura introwersji, swego rodzaju rozmarzenia. Odnosi się nawet wrażenie, że bardziej agresywne partie muzyki z growlującym wokalem dodawane są niekiedy na siłę, żeby nie stracić zupełnie z oczu miejsca, w którym fani znaleźli dla siebie ten zespół. A ten brzmi dzisiaj bardziej naturalnie w nieco uśpionej grze, która opiera się na szczątkach melodii, dopowiedzeniu gitary basowej, czyli tym czym kiedyś ludzi oszukiwał Tool. Brak silnego przywiązania do piosenkowej konstrukcji utworów sprawia wrażenie snucia opowieści, poszukiwania przez piosenki swojej tożsamości, a nie odgrywania przez metalowy zespół wyuczonych fragmentów. Nie trzeba nawet rzucać beretem, by wyraźnie usłyszeć na „Language” lekkość pasteli Lyle Mays’a z Pat Metheny Group i samozatracenie post-rockowych harmonii Explosions In The Sky, o których istnieniu każdy szanujący się metal wolałbym nie wiedzieć. Wycofany, „śpiewający zza firanki” (jak opisał go redakcyjny kolega) Michael Lessard używa głosu oszczędnie, czym przypomina Jonasa Renkse z Katatonii, choć warsztat tego pierwszego i mnogość odcieni jego głosu (np. chrypka w stylu L. Witherspoon’a z Sevendust) mogłyby Szweda zawstydzić (gdyby tylko nie był szwedofilem).BAND (2)

Osobiście bardzo podoba mi się ta większa dojrzałość The Contortionist, nawet jeżeli objawia się tutaj za „cenę” metalowego wigoru. Mając na względzie poprzednie dokonania Amerykanów, ta nie jest wygórowana, więc prawie za darmoszkę dostajemy komplet świeżych, elektryzujących utworów. Jeśli takie sformułowanie jak „wysoka kultura wykonawcza” kojarzą się Wam z nudziarstwem uprawianych w sterylnych rękawiczkach, nie napiszę już, że „Language” to sztuka (a jednak!), ale grają chłopaki wysoko. I głodne to muzyki straszliwie.

Kuba Kolan

Zdjęcie: Berry Photography

Pięć i pół