THE CHARLATANS – Modern Nature (BMG/Sonic)

Jest taka teoria, w myśl której dobra twórczość ma u podłoża cierpienie. Czyli muzyk własne serce musi mieć zranione, żeby innych mógł chwytać  za ten sam organ. Nowa, dwunasta płyta Brytyjczyków z The Charlatans to chyba dobre potwierdzenie tej teorii, bo choć w każdym dźwięku słychać smutek, muzyka lepi się do ucha aż miło. Co tak zasmuciło zespół? Tu każdy może sobie podłożyć własną historię; dla muzyków była to zapewne śmierć wieloletniego kolegi – perkusisty Jona Brookesa, który zmarł na raka mózgu. Lepszego pożegnania nie mógł sobie wymarzyć.

The Charlatans nigdy nie byli zespołem szczególnie wybitnym, jednak stanowili – bo dzisiaj trudno mówić, że nadal stanowią – solidny składnik britpopowej rewolucji. Rewolucji, która nie była rewolucją, tylko błazenadą dla jednych a dla innych aroganckim wysypem pryszczatych nastolatków z angielskich przedmieść. Trudno sobie wyobrazić, żeby taka muzyka powstała w innym miejscu. Miejscu, gdzie tradycja i formalizm walczą z chęcią zdobycia szczytów. Historie zespołów z tego okresu są dość banalne, podobnie jak pozornie proste, harcerskie momentami piosenki i wszechobecna, beznadziejna miłość do The Beatles. The Charlatans stanowi w tym gronie coś w rodzaju pośrednika między typowym britpopem a ruchem rave, choć trudno tu mówić o powinowactwach z zakresu modnej wówczas chemii użytkowej. Co ciekawe, najnowsze dzieło, które może być uznane za jedno z jaśniejszych dokonań zespołu w ostatnich czasach, powstało w podobnie smutnych okolicznościach co najlepszy album The Charlatans z lat 90 – tych – „Tellin’ Stories”. Tyle, że w tamtym przypadku, ze światem pożegnał się klawiszowiec grupy Rob Collins. I jak tu nie wierzyć nakreślonej we wstępie teorii? Choć trzeba sobie zdać sprawę, że w 2015 roku The Charlatans to już zupełnie inny, stary zespół. Zamiast arogancji mamy zadumę a młodzieńczą zadziorność zastąpiła muzyczna i kompozytorska dojrzałość. Wspomniany, nostalgiczny klimat jest o tyle istotny, że w przeciwieństwie do nieco zbyt hałaśliwego krążka „Who We Touch” (2010), nasącza „Modern Nature” niesamowitą przestrzenią, oddechem i luzem. Może zespół nie odczuwał ciśnienia, może po prostu chciał nagrać kawałki, którymi podziękował koledze za wcale niekrótki czas jaki razem spędzili na tym łez padole? W nagraniach uczestniczyło kilku perkusistów, w tym pałker The Verve, na szczęście, całość brzmi spójnie a nie jak kilka odrębnych sesji, to także kolejny plus płyty.The Charlatans band2

Przede wszystkim, mniej hałasu, więcej słodyczy. Dużo, bardzo dużo Wielkiej Brytanii, britpopu i piosenki, jako klucza do zrozumienia zespołu. Jeśli muzycy skupiają się na aranżach, to raczej w obrębie harmonicznym, niż konstrukcyjnym, w tym ostatnim przypadku wystarcza im schemat zwrotka – refren i niczego więcej nie trzeba. Z drugiej strony, w jakiś dojrzały sposób udaje im się unikać tzw. siermięgi i wypadają w swojej, pozornie banalnej muzyczce niezwykle wiarygodnie i kompetentnie. Przykłady? Oniryczny „Talking in Tones”, ciemny „In The Tall Grass” z niemal cave’owskim zmarszczeniem brwi i świetnymi partiami organów. Jest ciutkę ukłonów w stronę rave, jak w „Emilie”, piosence, opatrzonej jednym z najbardziej radiowych chorusów na płycie. Jest i do tańca w „Let The Good Times Be Never Ending”, ale też potężnie i depresyjnie („I Need You To Know”), zespół potrafi być irytująco banalny w prościutkim, choć fajnie zaśpiewanym „Lean In”. Nie mogło oczywiście zabraknąć ukłonu w stronę jaśnie i ciągle panującej, Wielkiej Czwórki w „Trouble Understanding”, choć osobiście uważam numer za jeden ze słabszych na płycie.

W ten sposób zrobiliśmy sobie mały przelot przez tradycję brytyjskiej alternatywy, z szczególnym naciskiem na lata 90 – te, w poważniejszym, bo wyrosłym już z krótkich spodenek wydaniu. Jeśli dołożyć do tego życiowe tragedie i nabyte doświadczenia, owa powaga jest jak najbardziej zrozumiała, bez niej nie powstałby aż tak przejmujący materiał. Największym sukcesem The Charlatans jest dzisiaj to, że udaje się im w doskonały sposób zrównoważyć ów firmowy, niemal niemal pop rockowy banał z dobrą, niezależną manierą songwritingu w wydaniu wyspiarskim. W każdym razie, może poza kilkoma małymi fragmentami, nie czułem niesmaku, wręcz przeciwnie – z przyjemnością wracam do „Modern Nature”. Życzę zespołowi, żeby omijały ich kolejne tragedie, choć z drugiej strony, jeśli mają warunkować takie twórcze wykwity, to…

Arek Lerch

Foto: Sarah Lee

Cztery i pół