THE BODY – The Tears Of Job

The Body jest jednym z najbardziej płodnych reprezentantów eksperymentalnego podejścia do igraszek z dźwiękiem. Igraszki to chyba jednak zbyt słodko powiedziane, raczej chodzi tutaj o wystawienie cierpliwości słuchacza na próbę. Nie mijają trzy miesiące a kolejny tytuł ujrzał światło dzienne. Tym razem z ep-ką mamy do czynienia, nader znośną, o dziwo.

Duet z Portland w ciągu swej 16 letniej podróży na dźwiękach psychodelicznego sludge’a i drone’u przekonał nas, że nazwa The Body zdążyła zaistnieć w umysłach słuchaczy jako budząca grozę, ale i zaciekawienie. Zjawisko o tyle interesujące, że towarzyszy niemal za każdym razem, gdy dobiega mnie informacja o kolejnym, rejestrowanym materiale. W tym przypadku groza ustępuje zaciekawieniu, bo choć zdarzają się momenty sprzyjające poczuciu muzycznej klaustrofobii, są wyważone i trochę jakby litościwie nastawione do słuchacza. Może jedynie „Pillar of Lightning” najbardziej daje się we znaki komfortowi, jednak w odniesieniu do poprzednich materiałów grupy nie stanowi największego problemu. Jak już dochodzi do styczności ucha z przeraźliwie skomponowanymi pętlami dźwięku to trwają one optymalnie długo – nie męczą, ale też pozwalają się celebrować na nowo. Nie jest duszno, raczej ciągle mamy dostęp do świeżego powietrza. Nawet zakończenie zaskakuje kreatywnością The Body; dwudziestojedno minutowy moloch „I Would For You” to nic innego jak cover numeru z repertuaru grupy Jane’s Addiction. Zamiast przeraźliwej manipulacji dźwiękiem dostajemy bardzo przyjemnie skomponowany cover, w dodatku wsparty kobiecym śpiewem (wielkie łał).tb2

Tak, ta ep-ka była zdecydowanie potrzebna, zwłaszcza dlatego, że po raz kolejny uświadomiła mnie, że potrzeba wypróżnienia twórczego napięcia w przypadku The Body zawsze owocuje satysfakcją. The Body zapracowało na swoją nazwę, „The Tears Of Job” jest tego żywym przykładem.

Adam Piętak

Cztery i pół