THE BLACK TAPES – Middle Class/Black City (Antena Krzyku)

Mamy zaściankowych pseudo – polityków, gwiazdorską drużynę piłkarską co grać nie potrafi, narodowy fundusz eutanazji i drogi eksperymentalne. Na szczęście, mamy też zespoły, co grają, jakby Polskę oglądały jedynie na mapach. I to wystarczy, żeby być szczęśliwym. Czarne Kasety to taki właśnie przykład muzyki użytkowej w najlepszym tego słowa znaczeniu a jednocześnie świetny instruktaż, jak z garażu zrobić salon.

 

Najnowsze dzieło warszawskich Brytyjczyków z szwedzkimi paszportami zostało zblokowane z pierwszą demówką. Dzięki temu można usłyszeć, jak subtelnie wypiękniała nam muzyka zespołu. Z nieokrzesanych, garażowych punków, co Clash się jarają zmienili się w dystyngowanych bywalców salonów, ukrywających dziary pod gustownymi koszulami. Ok., może przesadzam, bo w nowych utworach nadal słychać zadziornego, rockowego ducha, nadal bite „na cztery” rytmy pobudzają do życia a gitarowo – wokalne popisy są pełne młodzieńczej energii. Delikatnemu liftingowi uległy za to partie wokalne. Wiśnia pięknie nam to wszystko wyśpiewał, używając melodii nieco nostalgicznych, ale zapadających w pamięć a to duża sztuka. Równie ciekawie prezentują się popisy gitarowe i klawiszowe. Osobiście słyszę, że zespół coraz intensywniej zerka w stronę nowojorskiego ogródka, przypominając sobie, że gitarowa rewolucja i tu miała swoje zarzewie. Choć  – co pewnie wzbudzi zdziwienie – w takim „Lost in the Playhouse” słyszę wyraźne echa zaćpanych piewców hałaśliwej melancholii Rein Sanction. W podobny sposób budowane są  brzmienia, porzucające rytmiczne oczywistości na rzecz bardziej rozjechanych, psychodelicznych pojękiwań. To zdecydowanie rządzący song. Z kolei w „Middle Class” robotę zadają klawisze, prowadząc temat lekko dyskotekowy, co pięknie kontrastuje z gitarowym zgiełkiem.

Takie, odważne całkiem pomysły są bardzo obiecujące, widać, że zespół nie zasklepia się w ładowaniu dwóch akordów, poszukuje i raz za razem udowadnia, że jest nieprzewidywalny.  Uspokojenie struktur, zwolnienie tempa jest szczególnie zauważalne, kiedy posłuchamy demówki „Back City”. Co z tego, że surowa, ale jak pięknie gra! Ze zdziwieniem skonstatowałem, że te numery nadal są świeże, soczyste i zadziorne jak cholera.

Fanem wielkim „Shipwreck” pozostaję nadal i choć zdecydowanie przejawiam skłonność ku maltretowaniu uszu hałasem ekstremalnym, z przyjemnością kibicuję ewolucji The Black Tapes. Bezpretensjonalne, rockowe łojenie zawsze będzie kręcić a fakt, że w obrębie dość zgranej stylistyki grupa potrafi „ukręcić” coś nowego – nawet jeśli na bazie pomysłów już przetestowanych – cieszy tym bardziej. Oby tak dalej.

 

Arek Lerch