THE BLACK ANGELS – Indigo Meadow (Blue Horizon)

W każdym moim muzycznym podsumowaniu roku jest osobna kategoria na dostawców świetnych, bezpretensjonalnych piosenek, którą w ostatnich latach zasilały albumy mielące temat rock’n’rolla sensu largo – debiut Imperial State Electric, „The Hunter” Mastodon czy „Hisingen Blues” Graveyard. W tym roku wiatr przebojowości nieoczekiwanie zmienił się w postpunkowego Ksawerego i zmiótł podium listy genialnym „Climax” Beastmilk. Gdzie jednak szukać dobrego, energetycznego i pozytywnie skwaszonego rocka, kiedy nawet Queens of the Stone Age jest ponury jak nigdy? „Indigo Meadow”, realizuje ten ideał doskonale, wreszcie zapełniając treścią ubytki poprzednich albumów brodatego kwartetu.

The Black Angels to zespół więcej niż dobry i mający na koncie więcej niż dobre płyty, po bożemu wychowany w szkole Syda Barretta i z klasą interpretujący kanoniczne wątki rocka psychodelicznego. Słuchając ich zawsze towarzyszyło mi poczucie, że brakuje czegoś, i tak do końca nie wiadomo czego. Ani tu szaleństwa i transgresji Flaming Lips, ani beatlesowskiego rozmachu The Brian Jonestown Massacre, niby wszystko na swoim miejscu, ale nie dałem się porwać ni razu. „Indigo Meadow” rozwiał wszelkie wątpliwości, bowiem zespół wreszcie zdecydował się, co chce grać i postawił na mocne, przebojowe i wyraziste piosenki. I był to strzał najlepszy z możliwych. Z opisu kierunek może przypominać ten obrany przez Porcupine Tree po „Signify”, ale to tylko pozory; gdzie Steven Wilson snobował się na pseudoprogresywny rock, tam Czarne Anioły kleją dalekie od banału hity, susząc zęby na pełnym słońcu, ze szlugiem wciśniętym między lewą górną dwójkę a czwórkę. Mimo ewidentnie „flałer-pałerowego” charakteru „Indigo Meadow”, nie jest to płyta natrętnie stylizowana na lampowe wzmacniacze i sztruksowe dzwony – cała forma podporządkowana jest graniu melodyjnych, wpadających w ucho rockowych kawałków, które nie wychodzą z głowy. Refrenów do „Holland”, „Love Me Forever” albo „Don’t Play With Guns” nie sposób odkleić od mózgu już po pierwszym przesłuchaniu i gwarantuję, że jeśli tylko wrażliwość P.T. czytelników wykracza poza widełki wyznaczane przez Motörhead i Marduk, to „Indigo Meadow” na słuchawkach zamieni zakupy w dyskoncie w imprezę jak z „Almost Famous”.

Indie rock? Być może, czemu by nie… The Black Angels zamiast The Black Keys na festiwalu Open’er? Bardzo poproszę, chętnie się wybiorę. Psycho-wariaci z Dead Skeletons, The Cosmic Dead czy choćby genialnego Ampacity radzą sobie świetnie i kandydatów na kosmonautów na pewno nie zabraknie – The Black Angels lubię na grillu we własnym ogródku. A że za oknem pogoda jak z teledysku Immortal – takie fantazje są na czasie jak najbardziej.

Bartosz Cieślak

Cztery i pół