THE BLACK ANGELS – Death Song (Partisan Records)

Czy to już nie najwyższy czas na przeboje i sukces komercyjny? The Black Angels grają od 13 lat, wydali właśnie piątą płytę i nie są już młodym, dobrze zapowiadającym się zespołem, a uznaną w psychodelicznych kręgach marką. Ale – no właśnie – w psychodelicznych kręgach. A przecież kto jak kto, ale The Black Angels mają potencjał na bycie gwiazdą, być może nawet na miarę The Black Keys. Problem w tym, że musieliby, zupełnie jak Czarne Klucze, dostosować się do wymagań tzw. „mainstreamu”, a chyba nie bardzo tego chcą. I właśnie o tym między innymi rozmawiam z kolegą Adamem.

A: Zastanawiam się, czy będziemy za moment świadkami paradoksu. O ile mnie pamięć nie myli, jesteś od dawna sympatykiem The Black Angels (nie wiem oczywiście, w jakim stopniu), ja zaś owszem, zespół doceniałem, lecz nigdy nie stawiałem mu pomników. Tegoroczna płyta natomiast, zrobiła na mnie piorunujące wrażenie i wydaje mi się, że wbrew tym twierdzącym, że to tylko zbiór dobrych, psychodelicznych piosenek, okaże się jedną z „większych” premier roku. Śmiesznie by było, gdybyś w tym momencie przedstawił całkowicie odmienne zdanie…

P: Również uważam, że to świetna płyta, ale jednak nic ponad – jak to określiłeś – zbiór dobrych, psychodelicznych piosenek. Czarne Anioły trzymają poziom, ale nie proponują niczego nowego, nadal robią fajne garażowo/kwaśne hity, idealne do słuchania letnią porą. Co takiego Cię w niej tak wyjątkowo urzekło?

A: Hm, może rzecz w tym, że ja na „Death Song” dostrzegłem w zespole jakiś błysk, który Ty widziałeś dużo wcześniej, przy okazji poprzednich płyt- stąd całkowicie inna percepcja, dla mnie zachwyt, dla Ciebie zaś kolejna, świetna płyta Aniołów, nic nowego. Nie do końca zgodzę się z tezą, że to wakacyjny album. Teledysk do „I’d Kill For Her” idealnie oddaje, moim zdaniem, klimat tego krążka. Jest trochę niepewnie, smutno i w sam raz na umieranie. No, tytuł mówi zresztą sam za siebie.

P: Lato też może być smutne – mimo sporej dawki melancholii, cały czas muzyka Black Angels to beztroskie, hippisowskie granie. Przy czym na moją opinię może mieć wpływ fakt, że odkryłem ich kilka lat temu w lato właśnie. Poza tym mam wrażenie, że w ich twórczości zawsze było trochę ponurej atmosfery, ale to wszystko było przykryte narkotykami (psychodelicznymi rzecz jasna). Podobnie jest tutaj. „Death Song” nie jest dla mnie żadnym przełomem, mniej więcej czegoś takiego się spodziewałem.Band

A: Oczywiście, że może, co do tego nie ma wątpliwości! Moje postrzeganie grupy znacząco różni się od obrazu beztroskich hippisów, ale to sprawa kontekstu. Wspomniałem o tym wideoklipie, lubię patrzeć na te dźwięki właśnie przez ten pryzmat, a zamykający album „Life Song” jawi się poruszającym listem żołnierza umierającego na froncie. Dla innych, oczywiście, „Death Song” może być zwyczajnie świetną płytą i to też jest dobre. Najważniejsze, że zgadzamy się co do jej oczywistej klasy.

P: No widzisz, zgadzamy się, że to super płyta, sądzimy tak nie tylko my, ale, ale – wybiegnę w przyszłość – myślisz, że Black Angels zdecydują się kiedyś na krok w – nie lubię tego wyrażenia – mainstream? Wiesz, coś jak The Black Keys na „El Camino” czy The Hives na „Black and White Album”. No i pytanie, czy takie posunięcie jest im potrzebne?

A: Że takie coś byłoby możliwe, jestem niemal pewien. Już większe paradoksy się działy. Czy jest im to potrzebne? Hmm, pójdę po bandzie i powiem, że mogłoby wyjść na dobre. Na swoim poletku osiągnęli już wszystko i są swego rodzaju punktem odniesienia, a przez to, że przyzwyczaili słuchaczy do trzymania niezwykle wysokiego poziomu, nowe krążki nie wzbudzają takiego szumu, jaki powinny. To moje zdanie. Uważam też, że nie chodzi nawet o stawianie jakiegoś kroku – oni są już gotowi, to mainstream wsysa w zależności od aktualnych potrzeb. I mógłby Anioły wessać, byłoby interesująco. Nie sądzę, by przez taki ruch się „zepsuli”, to nie ten zespół.

P: Mainstream wsysa, ale trzeba temu pomóc. Zobacz na wspomniane The Black Keys – „Brothers” to był duży sukces, ale to „El Camino” stało się prawdziwym hitem. Płyta jeszcze bardziej radio-friendly, jeszcze bardziej naszpikowana nośnymi kawałkami, trochę prostsza. Gdyby nagle wrócili do formuły z pierwszych płyt, lub nagrali coś podobnego do „Brothers” śmiem wątpić czy odnieśliby aż tak duży komercyjny sukces. Moim zdaniem to rzadko dzieło przypadku – zespół sobie nagrywa płytę, aż tu nagle okazuje się ona wielkim hitem. Oczywiście, że zdarzają się i takie przypadki, ale większość kapel świadomie wchodzi w komercyjne rejony.

A: Ja jednak nieco większy nacisk stawiam na przypadek, pomyślny zbieg okoliczności, konstelację czy co kto sobie wymarzy. Choć, oczywiście, zespół może bardzo mocno pomóc szczęściu. No dobrze, czyli uważasz, że aby do potencjalnego wessania doszło, The Black Angels musieliby odrzucić ciemną podszewkę swojej muzyki i stać się stuprocentowymi, wesołymi hippisami, tak, że nawet ja nie doszukiwałbym się w ich muzyce żadnego drugiego dna?

P: Nie wiem, co musieliby zrobić – chyba nie mam na tyle szerokiej wyobraźni, a możliwości jest przecież tyle… Ale wróćmy do „Death Song” – widzisz jakieś zasadnicze różnice pomiędzy tym krążkiem, a poprzednimi?

A: W zasadzie jest tak, jak mówiłeś – muzycznie, czy brzmieniowo, rewolucji nie uświadczymy. Tylko generalna wymowa tego krążka wydaje mi się bardziej ponura, ale to już subiektywne wrażenie. Tym, co jest podstawową siłą „Death Song”, pozostają niezmiennie świetne piosenki w absurdalnym wręcz stężeniu- tu nie ma słabych punktów. Masz ulubieńców?

P: Co chwilę innych. Ale na teraz to chyba „Currency” i „Death March” mi najbardziej robią. A u Ciebie jak to wygląda?Live

A: Ograniczę się Twoim przykładem do kilku nazw, bo głupio byłoby w tym miejscu wymieniać 3/4 krążka. Wspaniały jest wspominany już „Life Song”, bardzo lubię też „Half Believing” czy „Estimate”. Odmienność naszych wyborów tylko świadczy o tym, jak wyrównana jest to płyta.

P: Czyli co – kolejna już płyta roku?

A: Jedna z kilku- jak najbardziej. A jakie są te inne nazwy, Twoim zdaniem?

P: Ja mam nadzieję, że nowe Queens Of The Stone Age okaże się sztosem. A z płyt, które już słyszałem to Mount Eerie, Ulver , Elder, Oxbow czy Algiers również na takie miano zasługują. Kłopot bogactwa.

A: Oj tak, Ulver, ale też Timber Timbre, Lanegan nie zawiódł, a mnie bardzo robią w tym roku rzeczy typu Nagrobki czy Wędrowcy~Tułacze~Zbiegi. Patriotycznie. Rok jest świetny i obfitujący w bardzo dobre płyty, masz rację. Będzie z czego wybierać we wszelakich podsumowaniach.

Rozmawiali Adam Gościniak i Paweł Drabarek