THE BIRTHDAY PARTY BAND – Lead – Sky (Nikt Nic Nie Wie)

Jeśli ktoś myśli, że nagranie popowej płyty jest łatwe i przyjemne, strasznie się myli. Czasami lepiej nagrać sto płyt z muzyką ambitną, niż jedną z przebojami. W tej konfrontacji niejeden już poległ a wielu zrobiło z siebie pośmiewisko. Na szczęście, The Birthday Party Band, wychodząc z środowiska stricte hardcore’owego, zaprezentował muzykę, do której chce się wracać.

W biografii The Birthday Party Band pojawiają się takie zespoły jak The Fight, Knife In The Led, Mass – Kotki czy Pogotowie Seksualne i Vitamin X. Bogate doświadczenie, różne inspiracje a cel jeden – zagrać alternatywnego rocka z popwymi melodiami. Osobiście podchodzę do takich zespołów jak do jeża, jednak debiutancki album tej formacji da się lubić. Być może dlatego, że zamiast stawiać na pop lukrowany niemiłosiernymi ilościami melodii, która – jak powszechnie wiadomo – nie zawsze jednakowo wszystkim do gustu przypada, zespół postanowił adaptować do swoich piosenek całą plejadę inspiracji, które powodują, że „Lead – Sky” smakuje bardzo dobrze, będąc miejscami zaskakującą mieszanką. To właśnie wychwytywanie pewnych, stylistycznych niuansów w pierwszej kolejności najbardziej mnie bawiło.

Bo kiedy słucham „Police Song” czy „Grey Blood”, nie mogę się odpędzić od porównań z Citizen Fish, szczególnie z tego bardziej rockowego okresu. Kamil ma całkiem podobną manierę wokalną a i gitarowe melodyjki tak smakują. Dla odmiany w „Fugitive Blues” kłania się nowa fala a może nawet The Cure. Gdzie indziej („Get Me Out Of Here”, „Something’s Wrong With Everything”) czuć koneksje z indie – popowymi grupami czy nawet ze stylistyką shoegaze. Nad wszystkim unosi się zaś lekko wyczuwalny duch Beatles.

Na szczęście, po okresie radosnego i szczeniackiego poszukiwania porównań, zrozumiałem, że to zwyczajnie znakomite, świetnie zagrane PIOSENKI. Z refrenami, cantami, z całym bagażem wpadających w ucho melodii (mój hit na dzisiaj – „Don’t Look Down”). Zespół potrafi bardzo oszczędnie podejść do aranżacji, budując piosenki z często akustycznie potraktowanych gitar i fajnej, nie narzucającej się pracy sekcji rytmicznej. Choć i tu bywa gęściej („Forget”). Cała płyta to kopalnia pogodnych i gładkich tematów, gdzieś w tle mających jedynie punkową zadziorność i energię, co nie znaczy, że zespół nie potrafi zagrać bardziej zgrzytliwie i poza schematem a kawałki na koncercie  nabierają pewnie zdecydowanie drapieżnego charakteru. Przyjemnie słyszeć, że punki mają w sobie tak wiele pokładów liryzmu…

Arek Lerch 5