THE ARSON PROJECT – Disgust (Power It Up)

Czasem trzeba trochę przewietrzyć głowę, dać sobie chwilę oddechu, nie myśleć. W tym celu należy włożyć w dostępne kieszenie naszego społecznie akceptowalnego uniformu petardy średniej mocy, odpalić i czekać na fajerwerki. Można też, i jest to wersja ekonomiczna, stanąć sobie nonszalancko w pobliżu ściany i uderzać głową aż tapeta zmieni barwę na pięknie czerwoną. Istnieje też trzeci sposób zdecydowanie preferowany przez niżej podpisanego, a jest nim pełen pasji kontakt z debiutanckim (!!!!) LP szwedzkiego The Arson Project. Minister zdrowia ostrzega: trzy opisane wyżej metody mogą wywołać podrażnienia i otarcia oraz rażąco zmienić sposób postrzegania świata…

The Arson Project jak na grind core’owe standardy może uchodzić za zespół niesamowicie wręcz wstrzemięźliwy wydawniczo. W dwunastoletniej „karierze” okazja do rejestracji swoich dźwięków zdarzyła się szalonemu kwartetowi raptem trzy razy, co wystarczyło, do tego by zespół zyskał w pewnych kręgach niemały szacunek i stał się czymś w rodzaju grind core’owej gwiazdy. No cóż, niezbadane są wyroki…

Odkrywając praktycznie wszystkie karty, od razu śpieszę donieść, że debiutancki album The Arson Project to grind core na miarę naszych dziwnych czasów. Furiacki, dziki, kipiący punkowym wkurwem na ten nieudany świat. Jak się nad tym poważnie zastanowić to jest to jedna z lepszych rzeczy od czasu, gdy na ziemską kulkę gówna spadały kolejne kataklizmy pod szyldem Nasum. Dzieje się tu naprawdę grubo, kontakt z muzyką Szwedów w mojej chorej wyobraźni rysuje obraz klubu, do którego ktoś rzucił kilka granatów pod scenę, wybucha szaleństwo a grind core’owi popaprańcy na deskach nic sobie nie robią z pandemonium i grają dalej. No dobra, może trochę się zagalopowałem, przecież „Disgust” to rzecz bardzo poważna, więc żarty i fantazje możemy zostawić na czas wieczornych zabaw pod kołderką.TAP

The Arson Project debiutują (he, he, he) w wyśmienitym stylu; te 23 minuty dają mi dziś to, czego oczekuję od zespołów grind core, a czego większość z nich mi nie daje, czyli czytelną brzmieniowo erupcję niczym nieskrępowanej zwierzęcej energii. „Disgust” nawiązuje do najlepszych lat tuzów sceny, do czasów, gdy Nasum i Napalm Death pokazywały światu, że ekstrema to nie wymuskany metal a dziki grind. Jeśli zarzekacie się, że grind to nie jest muzyka dla Was, ale macie jednak ochotę na odrobinę dźwiękowej perwersji, polecam kontakt z „Disgust” gdyż wbrew pozorom dzieje się tu dużo więcej niż wskazywałaby na to nisza. Zespół mocno miesza i doprawia wybuchowy koktajl całą masą składników. Osłuchany w hałasie odkrywca z pewnością zwróci uwagę na obecny w brzmieniu gitar noise i nie przejdzie obojętnie wobec tak dobitnie zaznaczonych hard core’owych dołów. Naprawdę, jak na 23 minuty to dzieje się tu tyle, że pomysłami można obdzielić połowę tegorocznych premier z rzeczonej półki. Na dokładkę słuchacz otrzymuje specyficzny dla gatunku przekaz, który wpisuje się w kanon.

Podsumowując, „Disgust” to bardzo mocna rzecz. Zdecydowanie ponadprzeciętna. Warto było czekać.

Wiesław Czajkowski

Pięć i pół