THE 1975 – I Like It When You Sleep, for You Are So Beautiful Yet So Unaware of It (Universal)

Uwaga! Nie ma rocka. Nie ma metalu. Ba, nie ma nawet indie. Jest pop. Ale taki, który może zostać zaakceptowany przez zjadaczy mocniejszych dźwięków, w momencie, kiedy wzrasta u nich zapotrzebowanie na relaks. A może „Relax” Franka idącego wiadomo gdzie? Zmierzamy do Avalonu, oglądamy album ze zdjęciami ślubnymi z Rio i wzdychamy do lat 80.

Brytyjski kwartet The 1975 to ponoć megagwiazdą. Tak mówią internety a prawda zostanie obnażona dopiero na koncercie. I tu mam problem; niedawno pisałem o debiucie Nothing But Thieves i było to zadanie łatwe, bo pierwej zobaczyłem zespół na żywca. W tamtym przypadku okazało się, że wbrew obawom, potrafili swoje dźwięki niemal idealnie, z odpowiednią energią odtworzyć. W przypadku The 1975 nie mam bladego pojęcia, czy to co słyszę na nowej płycie jest widzimisię realizatora dźwięku, który przyoblekł muzykę zespołu w syntetykę, i czy rzeczony band będzie w stanie obronić swoją produkcję na deskach. Gdybym to wiedział, lżej byłoby na sercu, bo na razie nie oceniam czy to mistyfikacja czy talent. Do rzeczy zatem. Nowa muzyka Brytyjczyków to pop. Czysty, dobrze zagrany, jeszcze lepiej zaśpiewany i nie zdradzający jakichkolwiek sentymentów do mocniejszej gitary. Panowie są mili, przyjaźni, mają talent do melodii. I tyle płyta. A wiadomo, że plastik wszystko zniesie.1975 band

Inspiracje? Weźmy pierwsze płyty Duran Duran. Odrobinę zniewalającej nonszalancji z „Avalon” Roxy Music, hipnotyzujący puls „So” Petera Gabriela. Zmieszajmy i będziemy mieli jakiś tam wskaźnik co do kierunku w jakim podąża The 1975. Rzecz jasna – nie oczekujmy aranżacyjnych majstersztyków czy zbytniego wyrafinowania. Wszystko jest tu proste, choć całkiem stylowo przerysowane. Funkujący bas, wysunięty do przodu. Perkusja? Nie wiem, czy to bębny akustyczne podrasowane samplami czy jakiś nowy wymysł Simmonsa. Mnóstwo klawiszy. Gitara gdzieś na trzecim planie, ale jest. Przyjemny śpiew. Melodie. Lepsze, gorsze, ale zawsze. Świetny puls, taneczne podrygi. Synth pop bardzo blisko klawiszowego manieryzmu. Erotyczne nieokreślenie. Słodycz. Zaskoczenia? „Lostmyhead”, który mnożna nawet podciągnąć pod shoegaze’owe rozmemłanie. Świetne durany w „Love Me” czy „A Change of Heart”. Przebój murowany  – “The Sound”. Każdy będzie im zazdrościć. Ale jest i przełom czy też wahanie. Dotyczy paradoksalnie mnogości pomysłów – za dużo tego wszystkiego. Zespół chyba ciut przesadził upychając na krążku aż siedemdziesiąt minut muzyki. Nie ma szans, by nie poczuć zmęczenia. A wystarczyło wywalić na single wszystkie kawałki po „The Sound” (czyli ostatnie cztery piosenki z naciskiem na „Paris” – brrr…). Zapomnieć o intrze, pozbyć się instrumentalnych, absolutnie zbędnych interludiów i wykasować niebezpiecznie hiphopujący (brrr po raz drugi) „Loving Someone” A wtedy mielibyśmy zgrabny albumik. Na szczęście, takiej kastracji może dokonać każdy empetrójkowiec we własnym zakresie.

Podsumowując – miła rzecz dla maniaków sentymentalnych wycieczek w stronę dystyngowanego, melodyjnego popu z minionych dekad. Dobrze zagrana płyta, która na pewno ujmy chłopakom nie przynosi, choć świadczy też o tym, że jeszcze brakuje im pokerowego ducha i tej jakże pożądanej premedytacji. Dla słuchacza – czysta zabawa. Tylko tyle i aż tyle. Oceny nie wystawiam z wiadomego powodu – jak zobaczę i usłyszę zespół na żywca, będę wiedział czy na taką bądź inną ocenę zasługuje.

Arek Lerch