THAW  – St. Phenome Alley (Unquiet Records)

Pytanie w stylu “Znasz Thaw” jest dzisiaj najgłupszym jakie można komuś zadać. Wiadomo – każdy zna Tahw przynajmniej z nazwy. Odkąd black metal, a w zasadzie metal w ogóle, oszalał przestając być jedynie rubasznym konglomeratem gitarowych „dżyn dżyn”, porzucił długie włosy i obowiązkowe wdzianka made by przemysł skórzany, wszystko jest możliwe. Problem w tym, że „wszystko” nie jest równoznaczne z „dobre” i tu wkraczają takie twory jak Thaw właśnie, który nobilituje i uzasadnia sens eklektycznych poszukiwań w – nomen omen – mgle niejasnych połączeń międzygatunkowych. Najnowsze dzieło – wydane na jedynie słusznym, kasetowym nośniku – to kolejny krok formacji z Sosnowca w stronę eksperymentu, który jeszcze bardziej gmatwa zespołowy wizerunek.

Thaw lubię z prostego powodu – wiem, jaką drogę przeszli, od dobijania się do klubów i zostawiania nagranych własnym sumptem demówek, do trasy u boku Behemoth  i ogólnego, zrozumiałego hype na ich twórczość. Z drugiej strony, w zasadzie robią cały czas swoje a jedynie realia się zmieniły i w pewnym momencie ich twórczość zazębiła się z rzeczywistością. Każdy powód jest jednak dobry, żeby napisać o nich coś miłego. Krążkiem Earth Ground zespół zapewnił sobie solidną bazę, zakreślając jednocześnie mocną kreską krąg zainteresowań, czas zatem wyjść poza linię i zrobić coś… jak zwykle mało oczywistego. Rzecz jasna, długie kawałki to nie pierwszyzna na polskiej scenie, że wspomnę chociażby monstrum pt. The Madness Tongue Devouring Juices of Livid Hope Massemord, czy ostatnie dokonanie Odrazy, zatem nowe dzieło Thaw wpisuje się w świetne towarzystwo.Thaw Band

Mamy zatem dwa kawałki, które ciągną się przez blisko 50 minut. W dodatku zostały nagrane w … 2013 roku, jeszcze przed rejestracją „Earth Ground”! I już od pierwszych dźwięków wiadomo, że lekko nie będzie i jeśli ktoś spodziewa się konkretnej, jednoznacznej muzyki, musi omijać płytę szerokim łukiem. W zasadzie Thaw po prostu realizuje swoje założenia – szukać i jeszcze raz szukać. Zespół stawia na ciąg świadomości, swoistą improwizację, polegającą na wypuszczeniu dźwięków i kontrolowaniu ich natężenia, bez dbałości o sztywną, zamykającą klatkę aranżacji. Bardziej chodzi o plastykę dźwięku i poszukiwanie dla niego najlepszej niszy. Punktem wyjścia może być sludge albo noise i z tej pozycji zespół bada możliwości,  rozpuszczając swoje hałasy w drone’owym kwasie, bawiąc się ich intensywnością i możliwościami oddziaływania na słuchacza. W takim wymiarze – szczególnie „p/m/g” – mogą przypominać swoją upierdliwością preparacje Sunn O))) – pozornie chłodna zawiesina drga i po jakimś czasie zaczynamy odkrywać znaczenie swobodnie płynących uderzeń, basowych pomruków i szumów. Nic nowego? Być może, ale Thaw potrafią tchnąć w swoje dźwięki niepokój, hipnotyzować, choć inaczej niż na regularnych płytach. A może to wcale nie odskocznia od głównej ścieżki a kolejny, pełnowymiarowy krok w nieznane? Kolejna, tegoroczna rzecz, której każdy musi spróbować. Ale nie każdy polubi.

Arek Lerch

Pięć