TERRORIZER – Hordes of Zombies (Season of Mist)

Początek roku przyniósł nowe albumy dwóch bodaj najważniejszych zespołów grindcore’owych, i chyba oba są na swój sposób symptomatyczne dla kondycji gatunku w dzisiejszych czasach, choć przecież mówimy o weteranach i praojcach. Z jednej strony „Utilitarian” pokazał, że mimo trzydziestoletniego stażu to Napalm Death wciąż rozdaje karty, a młodzież może im najwyżej gryfy polerować. Z drugiej strony mamy Terrorizer, skład-kuriozum produkujący pod kultowym szyldem dramatycznie słabe płyty, które aż wołają o obniżenie wieku emerytalnego dla wolnych zawodów do czterdziestki.

„Hordes of Zombies” jest do tego stopnia niedobry, że nawet nie wiadomo z której strony zacząć go objeżdżać, szczególnie, jeśli przypomnimy sobie arcypotężny debiut, który z upływem lat tylko zyskuje. W zestawieniu z rozpierdalawczą mocą „World Downfall”, nowa płyta okazuje się produktem sztucznym, pozbawionym życia, wyplutym do czternastu osobnych plików efektem odznaczenia kilku checkbox’ów w programie Microsoft Grindcore Record Generator. Najwięcej powodów do wstydu ma Pete Sandoval, rutynowo odpukujący swoje blasty, które na dobrą sprawę mógłby odegrać ktokolwiek inny, nawet pan Roland z panią Alesis, biorąc pod uwagę irytujące, sztuczne cykanie centralek i werbel z dykty. Anton Rezhawk jest tym, kim był – słabym wokalistą czwartoligowej kapeli punkowej, możemy więc spokojnie uznać, że jego partie są równie nieciekawe i pozbawione ekspresji co na „Darker Days Ahead”. Dużo bardziej rzuca się w uszy, wskakująca w buty śp. Jessiego Pintado, Katrina, również wyciągnięta z nieszczęsnego Resistant Culture, która to pani brak pomysłów na mocne riffy rekompensuje wtrynianiem tu i ówdzie melodyjnych leadów, bez których nie ma dobrego grindu, prawda? Wreszcie David Vincent i jego nieistniejące partie basu, które głębia nowoczesnej produkcji wypchnęła poza spektrum słyszalne dla ludzkiego ucha, co przynajmniej otwiera furtkę do ewentualnego tłumaczenia się w przyszłych wywiadach, że jego wkład ograniczył się do sesji zdjęciowej. Wcale nie zdziwiłbym się, gdyby tak faktycznie było.

Oczywiście, mówimy o ludziach, którzy współtworzyli ekstremalny metal takim, jakim znamy go dziś, ale mam wrażenie, że nad „Hordes of Zombies” dominuje przekonanie muzyków, że takie płyty piszą się same, bo i co to za filozofia grać grindcore’a? Wystarczy tylko polepić partie szybkie z blastami na kilku wariantach tych samych riffów, dobrać byle kogo do składu, pograć na pół gwizdka, bo i tak się w studio wyrówna, a poza tym jak się kiedyś nagrało „World Downfall” to już wszystko wolno. Terrorizer XXI wieku jest jak George A. Romero – wszyscy oni zabrnęli ze swoimi zombiakami w rejony kiepskiej autoparodii, samopowielania wątków i pustą formę popychaną gasnącym oddechem legendy gatunku. Przewidywany scenariusz na rok 2020 jest następujący: po definitywnej awarii rusztowania Sandovala do składu dołącza perkusista Resistant Culture i żona Davida Vincenta. Nowa płyta nosi tytuł „Vampires Are-a Coming”. Zostaje wydana jako darmowy odsłuch na bandcamp, prasowanka na koszulkę do nabycia u kapeli za sto Juanów.

Bartosz Cieślak   1.5/6