TERRORDOME – Machete Justice (Defense Records)

Terrordome może wreszcie cieszyć się uznaniem maniaków i korzystać z życia jakiego zawsze pragnęli. Czyli koks, cycki i maczety w ilości zawałowej. A bez żartów, krakowscy traszowcy nagrali album, który w 100% oddaje ducha starego, dobrego metala na spidzie. Z tym, że na „Machete Justice” crossoverowaty wkurw ustąpił miejsca klasycznie rozumianemu thrash’owi napakowanemu adrenaliną jak kasza skwarkami. Prosto, precyzyjnie i morderczo. Polski zabójca w pełnej krasie. Nie słuchać w samochodzie!

Ma Slayer swój „Reign in Blood”, Vader cieszy się z Black To The Blind, zatem i Terrordome mają wreszcie płytę, którą zdefiniowali się na nowo. A może po prostu doszlifowali to i owo? Podobnie jak w przypadku wymienionych dzieł, „Machete Justice” to wydestylowany konglomerat klasycznie thashowych riffów, opartych o zapierdalającą w szaleńczym tempie perkusję. W tej prostej formule zespół przemyca całą masę technicznych zagrywek, gitarzyści mają palce z gumy a wszystko idealnie do siebie pasuje. Jednocześnie zespół maksymalnie uprościł muzykę, prezentując utwory obdarte z aranżacyjnego blichtru. W zasadzie każdy kawałek to przede wszystkim szalone napieranie, oparte o wściekle pracującą sekcję, czasami tylko dla smaku przetykane wgniatającymi zwolnieniami. Przyjemnie posłuchać muzyków, którzy tak dokładnie przestudiowali klasyczne kanony. Zespół nigdy nie ukrywał, że zamierzchłe lata 80-te, kolebka proto-thrashu, to dla nich ziemia obiecana. Na „Maczecie” te fascynacje wyraźnie zastąpiły crossover, z którym byli dotychczas utożsamiani. Jeśli już szukać tego stylu, znajdziemy go może w „Nocturnal Emission”, no i oczywiście w partiach wokalnych czy wdziankach muzykantów. Większość z 11 kawałków (dlaczego nie 10, byłaby pełna klasyka…) to thrash po linii największego dzieła Slayer.

0005017646_10

Co ciekawe, przy tak napiętym graniu Terrordome udało się zachować luz i spontaniczny element zabawy. I nie chodzi tu o tak wielbione przez zespoły podobne gatunkowo przaśne żarciki. Tu także Krakusy poszły do przodu, bo choć w tekstach znajdziemy sporo absurdu i krwi, to jednak wyczuwam tu zdecydowanie dojrzalsze podejście do tematu. Wydawać się może, że wszystko zostało bardzo profesjonalnie zaplanowane. Dopracowana, lekko symboliczna okładka, sesja zdjęciowa, wreszcie brzmienie, po raz pierwszy dotrzymujące kroku muzyce, czyli tłusto, dynamicznie a jednocześnie selektywnie, choć pewnie temu i owemu brakować będzie dźwiękowego brudu, charakterystycznego dla załóg crossover. O co chodzi? Przeczytajcie sobie tekst do kawałka „Back to the ’80s” i wszystko będzie jasne.

Terrordome nagrał bardzo dobrą płytę. Oczywiście, pozostawiam sobie jeden punkt na okoliczność, kiedy nagrają muzykę nowatorską, choć na to się nie zanosi, bo i po co. Połączenie dobrej zabawy, perwersji, krwi i hałasu w idealnych proporcjach i profesjonalnej formie. Czy możne być lepiej?! Trv metalowcy, bójcie się.

Arek Lerch

Zdjęcie: Marcin Pawłowski

Pięć