TERRORDOME – We’ll Show You Mosh, Bitch!

Krakowski Terrordome to kolejny w Polsce zespół zasilający nieliczną grupę maniaków starego crossovera, punka i starutkiego thrashu. Kolejność fascynacji nie jest ważna, bo muzykanci wszystko sprytnie zmiksowali, montując walącą po ryju flegmę o wyjątkowych walorach smakowych. Jeśli lubicie Świniopasa, Municipal Waste i wczesnego Slayera, nowy krążek tej załogi może trafić w Wasze gusta.

Na początek, dość nietypowo, bo zazwyczaj zaczyna się od chwalenia a potem wali w żołądek zaskoczonych muzykantów. Nie podobają mi się na tej płycie dwie rzeczy. Po pierwsze – dziwne, plastikowe i nieprzystające do muzyki brzmienie bębnów. Szkoda, bo gdyby nagrać perkusję na jeden mikrofon i bez triggerów, mogłaby powstać płyta historycznie znacząca. Druga, mniej istotna kwestia to czcionka, jaką zastosowano do wydrukowania tekstów we wkładce. Cóż, znam lepsze warianty niż Times New Roman…

No i teraz można zacząć chwalić. 28 minut moshu totalnego. Nowy Terrordome to szybkość i jeszcze raz szybkość. Żwawe gitarki, pokłony w stronę tandemu King/Hanneman słyszalne z kilku kilometrów, znakomita praca garowego – uwija się chłopak jak szalony, a kiedy uważnie się wsłuchać, w jego partiach sporo się dzieje i są całkiem nienagannie wykonane. Wszystko obliczone jest tu na konkretny, brutalny cios. Jeśli już trafi się zwolnienie, to krótkie i absolutnie niezbędne. Po wściekłych gonitwach te momenty wchodzą jak zimne piwo w upalny dzień. Aranżacyjnie jest dość prosto, ale bez sztampy – wszystko na swoim miejscu, kilka fajnych akcentów a i solówka się od czasu do czasu trafi. Zgrabnie zamykają się te numery w dwuminutowych odcinkach, chyba jedynie kończący płytę „The Whole Audience Goes Full Blast!” jest trochę dłuższy, zapewne za sprawą żarciku zamieszczonego w środku kawałka.

Terrordome nawet specjalnie się nie kryguje, ujawniając swoje fascynacje. To banda punkowców nawrócona na metal, na szczęście, nie metalcore, tylko oldschoolowy, stary thrash i wynikający z jego kolaboracji z punkiem, wspomniany gdzieś wyżej crossover. A że mają intuicję do pisania fajnych riffów, powstaje muzyka, w której na pewno zakochają się miłośnicy pizzy („Eat Pizza Or Die”, motherfuckers!!!). Na osobne ukłony zasługują partie wokalne – świetne frazowanie a niektórych momentach zabójcze zagęszczenie słów (Araya tak kiedyś potrafił…) dodają muzyce agresji i prędkości.

Myślę, że jeśli przyzwyczaimy się do zaiste dziwnego brzmienia beczek, płyta zamiesza trochę w środowisku punkowych snobów, mających na półkach płyty DRI, starego Kreatora czy Terrorizer, ale też berlińskiego ansamblu Reaktory czy wspomnianych, krajowych piewców dżinsowych katan z naszywkami. No i teraz wystarczy tylko krzyknąć  – we’ll,  show you mosh bitch!! Nie wątpię, że na koncertach mają co pokazywać…

Arek Lerch 

Cztery