TERRIFIC SUNDAY – Tonight

Dola recenzenta jest w dzisiejszych czasach – przepraszam za wulgaryzm – przejebana. Nie dość, że dawno minęły lata, kiedy żurnalista był czymś w rodzaju ekskluzywnego ciecia, co uchylał kotarę, oddzielającą przeciętnego słuchacza od artystów. Dzisiaj nikt, kto posiada łącze internetowe, z naszym zdaniem się nie liczy a w dodatku wśród produkowanych taśmowo tysięcy płyt strasznie trudno znaleźć coś co nie wywoła bólu brzucha. Czasami opłaca się jednak męczyć, by wreszcie trafić na takie cudo jak „Tonight”.

Nie jestem w stanie podejść do poznaniaków bez emocji i nawet drobnej zazdrości. Trzeba było stać w odpowiedniej kolejce, by dostać na własny użytek taki talent, poza tym – musiało stać się coś niebywałego, że tych czterech, młodych ludzi trafiło akurat na siebie. Powstał z tego spotkania zespół, który – jeśli spece z wytwórni nie spierdolą sprawy w zarodku – stanie się wielką gwiazdą, także poza Polską. Oczywiście, wróćmy na ziemię, znowu przemawiają emocje; wielką gwiazdą się nie stanie, bo mieszka w Polsce. Dobrze, że młodzieńcy mimo wszystko zostali zauważeni, co świadczy o czujności festiwalowych managerów.Terrific Band1

Terrific Sunday to zespół rockowy. Rockowy w wybitnie wyspiarskim znaczeniu. Nie wiem, jak to możliwe, że wychowani nad Wisłą muzykanci grają lekko, bezpretensjonalnie i na wskroś brytyjsko. Bez manieryzmu, silenia się na oryginalność czy przesadzania z aranżacjami. To właśnie prostota zawartych na tej ep – ce kawałków rozwala najbardziej. Grupa wyciska z tej formuły coś zupełnie niesłychanego, operując harmoniami i melodiami, które wwiercają się w mózg i nie chcą go opuścić. Muzyczka jest nienachalna, spokojna i w jakiś sposób łobuzerska. Nie wiem, czy TS ma w sobie na tyle dużo arogancji, by wytrzymać ciśnienie, które wokół nich narasta, mam jednak nadzieję, że do nagrania debiutanckiego długograja będą w stanie zachować postawę pokerzysty i nie dają się porwać emocjom czy podszeptom „specjalistów” od marketingu. Cztery numery z tej płytki to cztery perełki współczesnego indie. Począwszy od tanecznego pulsu „In My Arms”, przez niesamowitą melodykę „Life Into Dream”, skończywszy na świetnie bujającym, lekko balladowym „Can I Take You Home Tonight” mamy tu samo dobro współczesnego, alternatywnego, gitarowego grania. Ba, nawiązując do porównań z Coldplay, stwierdzam, że na dzień dzisiejszy zdecydowanie wolę Polaków. Warto także zauważyć niesamowitą dojrzałość – zespół unika błędów młodych wykonawców i z aptekarską ostrożnością dawkuje dźwięki, skupiając się raczej na osiągnięciu maksymalnego efektu za pomocą MELODII i brzmienia. Proste, wciągające, oryginalnie, znakomite. Szok.

Mam niemal 100% pewność, że gdyby zespół zamiast w Poznaniu powstał w Londynie, dzisiaj NME umierałby z zachwytów nad kolejną, wyspiarską gwiazdą. Może byłaby to krótka kariera, ale za to pełna przygód. W Polsce kariera będzie długa (jeśli będą mieli odpowiednią ilość samozaparcia…), za to bez pewności co do finału. Obym się mylił.

Arek Lerch

Pięć