TERMINATE – Ascending to Red Heavens  (Selfmadegod Records)

Zastanawiam się nad tym, jak oceniłbym debiut amerykańskiego Terminate jeszcze dwa lata temu? W czasie, zanim zaczął się ten cały pęd ku old school’owym brzmieniom, trudny do wytłumaczenia wysyp płyt, które są o wiele bardziej szwedzkie niż Entombed, Grave i Dismember razem wzięte. Pewnie piałbym z zachwytu i poddawał się oddziaływaniu tego albumu cały boży (sic!) dzień. Jednak mamy rok 2013, znamy Morbus Chron i setkę innych, podobnych kapel. W ostatnim tygodniu „Ascending to Red Heavens” jest chyba trzecią płytą z old school’owym death wyziewem jakiej mam okazję słuchać i tak naprawdę płyty tego sortu łyka mi się coraz trudniej…

Momenty były… tak można podsumować zawartość „Ascending to Red…”. Patrząc na ten album w wąskim kontekście jednej płyty a nie całej sceny, można nawet powiedzieć, że te momenty były bardzo zacne. Death metal w ujęciu tego zespołu to sztuka wredna, ohydna i przesiąknięta trupią zgnilizną  i to właściwie powinno już wystarczyć za cały opis dźwięków, jakie generuje Terminate. Jednak, jako się rzekło, warto wspomnieć dwa słowa o momentach, które sprawiają, że album ten ma szansę, by nie utonąć w zalewie staromodnego, ohydnego grania. Pierwszym, ropiejącym wrzodem, który wyróżnia Terminate, jest brzmienie jakie zespół ukręcił na potrzeby tego albumu. Niby oparte zostało na wzorcach świetnie znanych lecz da się odczuć, że włożono w nie sporo pracy i człowiek kręcący gałkami nie ograniczył się tylko do skopiowania tego, co zrobiły przed laty Grave czy Dismember. Uwagę zwraca wyeksponowany, pięknie miażdżący bas a szerzej po prostu proporcje instrumentów, które mimo, że odlane z płynnej lawy, nadal pozostają doskonale słyszalne. Jest to muzyka gęsta, brudna a mimo wszystko da się wyróżnić plan pierwszy i swoiste motywy poboczne. Słowem, brzmienie robi więcej niż dobre wrażenie i z czystym sumieniem powiedzieć można, że Terminate prezentuje autorskie spojrzenie na zdawałoby się zużytą już do końca materię szwedzkiego metalu śmierci.

Nawet najlepsze brzmienie nie obroni materiału, który jest słaby na gruncie kompozycyjnym. Terminate do tematu tworzenia samych utworów oraz aranżacji przyłożyli się nie mniej niż do produkcji, w wyniku czego możemy usłyszeć takie perełki jak utwór tytułowy (doskonały moment z pierwszoplanowym basem i chropowatą solówką na zakończenie), lekko grindo’we „Blind Leading The Blind” oraz „Numb” czy ostro mielący „Demonic Instinct”.

„Ascending to Red Heavens” to świetny, death metalowy album lecz jest to płyta, która wymaga od słuchacza bardzo specyficznego podejścia. Sięgając po ten materiał należy się nastawiać na swoistą podróż w czasie, mocny, death metalowy cios, który nie ukaże nam nowych muzycznych galaktyk, ale ukierunkowany jest w sposób, który dobrze znamy i jak się okazuje, to też jest zaleta.

Wiesław Czajkowski

Cztery i pół