TEMPLE OF BAAL – Verses of Fire (Agonia Records)

Fenomen francuskiej muzyki od lat intryguje, rozciągając się gdzieś od czasów wielkiej Édith Piaf aż po współczesne, celebryckie kurioza typu Carla Bruni. Całe mnóstwo niezwykłych historii, prawie zawsze mających większe lub mniejsze odbicie w dźwiękach. Gdzieś obok wielkich estrad i karier toczy się podziemne życie, zasługujące na miano kolejnego – alternatywnego – fenomenu kraju żabojadów. Chodzi o muzykę metalową. Gdyby ktoś w okolicach 2003 roku zadał mi pytanie tejże dotyczące, odpowiedź byłaby oczywista – Gojira, dzisiaj brzmi ona jednak – francuski black metal.

Nie do końca rozumiem fenomen ekstremalnej sztuki, powstającej nad Sekwaną. Czy wynika to z arogancji i francuskiego oportunizmu, umiłowania do wina czy z innych, nieokreślonych powodów, fakt pozostaje: ostatnie lata są świadkiem wysypu całej masy bardzo dobrych i fenomenalnych wręcz zespołów, od noise przez hardcore aż do – no właśnie – black metalu, który dzisiaj przywłaszczył sobie niejako słówko „awangardowy”. Czarny metal kraju żabojadów jest wyjątkowo mroczny i w wielu przypadkach odbiega od standardów gatunkowych, wyznaczając nową ścieżkę eksperymentu, wynaturzenia i szaleństwa, na czele mając takie hordy jak Arkhon Infaustus, Deathspell Omega, Aosoth (wydanie gitarowe) i Spektr czy Blut Aus Nord (dla psychopatów lubujących się w psychicznych torturach). Nie dziwi zatem, że w ich kierunku z ciekawością spoglądają ziomkowie z innych kontynentów, że wspomnę to chociażby „Vermis” Ulcerate, co cieszy a jeszcze bardziej intryguje. W kontekście powyższych słów chyba nikogo nie zaskakuje, że także metalowcy, dotychczas kojarzeni raczej z klasycznym odłamem łomotu, chcą zasłużyć na miano nieodrodnych spadkobierców kraju, którego symbolem jest szafot.

Dobrym przykładem jest rezydujące w Le Vésinet trio Temple of Baal. Horda to doświadczona, kująca swoje hałasy już od 98 roku, jednak na dotychczasowych, trzech albumach bawiąca się klasycznym, szatańskim napieraniem. Czwarta płyta intryguje już ciekawą, artystyczną i niejednoznaczną okładką. O tym, że może być dobrze przekonałem się, sprawdzając długości utworów – sporo z nich przekracza sześć minut, jest i prawie dziesięciominutowy kolos. Długości wiosny (francuskiej) jednak nie czynią, dopiero gwałt, jaki muzyka zadała moim uszom pozwolił stwierdzić, że tym razem ekipa postanowiła zaszaleć i całkiem odważnie poeksperymentować. Żeby było jednak jasne, zespół pozostaje wierny black metalowemu nurtowi (np. surowy „Bloodangel”), nie rezygnuje więc z atrybutów, dlatego blastów i skrzeków mamy zatrzęsienie, jednak obok nich, organicznie stopione z rdzeniem „Verses of Fire” egzystują elementy zdecydowanie bardziej postępowe. Zespół rozgrywa partie instrumentalne nierzadko w wolnych, kroczących tempach, nasączając muzykę niesamowitym, lepkim mrokiem, który ubrany w dobrą (nie powiem – bardzo dobrą, bo wolałbym usłyszeć bardziej organiczne bębny…) produkcję, szlifują uszy aż miło. Rozbudowane struktury powodują, że muzyka od straszliwych prędkości przechodzi do dołujących, doom’owych fragmentów, niekiedy słychać też, że grupa bacznie obserwuje co dzieje się za wielką wodą. Bo jak inaczej nie spojrzeć na otwierający „Arcana Silentium” tępy niczym nóż rzeźnika – sadysty riff, w dodatku zapodany w wersji mono. Kawałek ten jest zresztą dobrym reprezentantem płyty, bo po mrocznym, ociężałym wstępie pojawia się w nim sporo smaczków i blastujących zrywów, czystych, zawodzących wokaliz, ułożonych w ciekawą mozaikę szaleństwa i mroku.

Dla potwierdzenia udostępniamy za zgodą wytwórni wspomniany utwór – możecie nausznie przekonać się jak ciekawą ewolucję przeszła francuska horda.

To nie koniec atrakcji – są tu i próby urozmaiceń wokalnych (w jednym z kawałków Amduscias – swoją drogą gratulacje ksywki – wskakuje na falset niczym Araya za młodych lat…), przede wszystkim jednak zespół bawi się z aranżacjami (rewelacyjne, traszujące „Walls of Fire”, „Serpens Luminis”). Muszę przyznać, że udało się grupie wyjść z konfrontacji obronną ręką. Trwający godzinę materiał nie nudzi i bardzo szybko zaczyna wciągać niczym dobra książka, to ciągając nas za włosy po klasycznych cytatach, to znowu nurzając w lekko awangardowej smole. Warto wsłuchać się w warstwę riffową, bo jest tu co niemiara świetnych, gitarowych partii, mrożących krew i budujących chory, nierealny klimat, będący pomostem między brutalną ścianą dźwięku i rozwiązaniami spoza gatunku.

Być może „Verses of Fire” nie są odkryciem na miarę „An Arrow in Heart”, jednak zespół jest na najlepszej drodze by za czas jakiś błysnąć jeszcze bardziej niż dzisiaj. Na ten moment „wersety” są poczwarką, z której ma szansę wyłonić się motyl. Ok., nie motyl a raczej dorodna zmierzchnica trupia główka.

Arek Lerch

Pięć